Czym jest umowa z państwami Mercosur? W największym uproszczeniu to porozumienie znoszące cła na większość produktów w handlu między Unią Europejską a Ameryką Południową. Część państw UE, przede wszystkim Niemcy, liczy na to, że dzięki temu kraje Ameryki Łacińskiej zaczną kupować więcej europejskich samochodów, leków i maszyn. Z kolei przywódcy po drugiej stronie Atlantyku wierzą, że wzmocnią swoje gospodarki, zwiększając eksport wołowiny, drobiu, cukru i soi na rynek europejski.
Nic więc dziwnego, że to właśnie rolnicy poczuli się najbardziej zagrożeni skutkami tej umowy. Traktory zablokowały wjazdy do Paryża, Berlina i Warszawy, a sprzeciw wobec porozumienia szybko stał się widoczny na ulicach. W tym miejscu warto zrobić przystanek, bo w sprawie Mercosur sojusze wewnątrz Unii Europejskiej ułożyły się w sposób nietypowy.
Rolnicy z południa Europy, w krajach takich jak Hiszpania czy Włochy, w dużej mierze pozostawali wobec umowy obojętni. Dla nich porozumienie może okazać się wręcz korzystne – choćby ze względu na większe możliwości sprzedaży produktów takich jak oliwa. Znacznie większe emocje budziło ono na północy kontynentu. Przeciwko umowie opowiedziały się Polska, Francja, Irlandia, Węgry i Austria, a Belgia wstrzymała się od głosu.
Protesty niemieckich rolników zostały jednak zignorowane przez rząd w Berlinie, który liczy na to, że nowe porozumienie przyniesie potężny zastrzyk gotówki dla tamtejszego przemysłu motoryzacyjnego. Kluczowa okazała się decyzja Włoch, które jeszcze do niedawna wahały się, czy poprzeć umowę. Ich zgoda przesądziła o wyniku: blok przeciwników nie osiągnął 35 proc. ludności UE potrzebnych do skutecznego weta.
Warto przy tym przypomnieć, że negocjacje nad ostatecznym kształtem umowy trwały od 1999 roku i dokument zawiera mechanizmy mające ograniczać negatywne skutki dla europejskiego rolnictwa. Jeśli w wyniku zniesienia ceł unijny rynek zostałby faktycznie zalany tańszą żywnością, a ceny europejskich płodów rolnych spadłyby o 5 proc., uruchomiony zostałby automatyczny powrót do wcześniejszych zasad handlu.
Dotychczasowe umowy o wolnym handlu zawierane przez Unię Europejską nie zalały rynku tanią żywnością i uczciwie trzeba to przyznać, choć jednocześnie Europa nie musiała mierzyć się z konkurencją ze strony pełnowymiarowych rolniczych potentatów. Problem polega na tym, że w tym samym czasie coś innego poszło bardzo wyraźnie nie tak. Przez ostatnie dwadzieścia kilka lat koszty produkcji rolnej niemal wyłącznie rosły, w dużej mierze za sprawą unijnych regulacji, polityki klimatycznej i coraz droższej energii, podczas gdy ceny zbóż czy rzepaku kręcą się dziś wokół poziomów sprzed ćwierćwiecza. Rolnik sprzedaje więc za podobne pieniądze jak kiedyś, ale produkuje nieporównywalnie drożej. Dopłaty z Brukseli, preferencyjny KRUS czy lśniące nowością ciągniki, które rzucają się w oczy, w niewielkim stopniu zmieniają codzienny rachunek ekonomiczny gospodarstw. W efekcie, chociaż Unia zapewnia dziś, że kolejna umowa handlowa „tym razem” będzie bezpieczna, wielu rolników po prostu jej nie wierzy.
Nieufność wobec Unii to jedno, ale sposób, w jaki rolnicy próbują dziś artykułować swoje obawy, często wcale nie ułatwia rozmowy. Dobrym przykładem były piątkowe protesty w Warszawie, których sens trudno wytłumaczyć. W sprawie umowy z Mercosur rząd od początku zajmował stanowisko krytyczne, jasno deklarując sprzeciw wobec porozumienia, więc demonstracja wyglądała jak protest skierowany w próżnię. Zamiast realnej presji czy próby wymuszenia konkretnych decyzji, mieliśmy raczej pokaz siły oderwany od politycznych faktów. Coraz trudniej nie odnieść wrażenia, że był to protest o charakterze zastępczym: taki, który ma uderzyć w rząd symbolicznie albo wpisać go w narrację i projekty, z którymi ten ani się nie utożsamia, ani ich nie broni.
Problem polega na tym, że w epoce memów, rolek w mediach społecznościowych i krótkich, często zwulgaryzowanych przekazów taki protest może wyrządzić realnie dużo szkód. Uproszczony obraz zaczyna żyć własnym życiem, a odpowiedzialność za jego skutki rozmywa się błyskawicznie.
Przecież dokładnie tak było z brexitem. Kiedy brytyjscy wyborcy byli już śmiertelnie zmęczeni niedotyczącymi ich negocjacjami wewnątrz strefy euro, sporami między Niemcami a Grecją analizowanymi co wieczór w BBC, prostsze okazało się wyjście z Unii tylko po to, by nie musieć już tego oglądać. Znużenie elitarną narracją i cudzymi problemami wygrało z rachunkiem zysków i strat.
Dziś, przy okazji umowy z Mercosur, eurosceptycy dostają w ręce znacznie potężniejsze hasła niż te brexitowe. „Zalewa nas żywność niespełniająca norm” – bez znaczenia, że ci sami rolnicy jeszcze wczoraj protestowali właśnie przeciwko tym normom. „Rolnicy bankrutują”. „Oddaliśmy suwerenność”. To slogany idealne do internetu, odporne na fakty i niuanse, żywiące się emocją i skrótem. Skoro ja wiem, jak groźna potrafi być taka plotka, i że Grzegorz Braun nie będzie dzielił włosa na czworo, analizując zawiłości umowy, to powinni to wiedzieć także ci, którzy tę umowę forsowali. Czy Ursula von der Leyen ma dziś plan na moment, w którym ten ogień zacznie iść po strzechach?
Nie jestem też wcale przekonany, że umowa z Mercosur uratuje niemiecki przemysł. Niemiecka motoryzacja nie przegrywa dziś z Chinami przez cła, tylko przez koszty pracy i strukturalne zapóźnienie. Za to wiem jedno: właśnie zignorowano płomyk, z którym Europa może wkrótce nie być w stanie sobie poradzić. Nic dziwnego, że w amerykańskich analizach bezpieczeństwa jako potencjalne ogniwa dezintegracji Unii pojawiają się Polska, Austria, Węgry – państwa będące jednoznacznie przeciwko umowie handlowej z Mercosur.