Z najnowszych badań środowiskowych wynika, że ponad połowa weterynarzy nie potrafi utrzymać równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Niedoczas stał się normą, nie wyjątkiem. Dyżury trwające kilkanaście godzin, nagłe przypadki o trzeciej nad ranem i emocjonalny ciężar decyzji o eutanazji sprawiają, że wielu specjalistów funkcjonuje w stanie permanentnego napięcia.
Jeszcze dekadę temu konflikty z klientami należały do rzadkości. Dziś coraz częściej mówi się o przemocy – werbalnej i fizycznej. Lekarze opowiadają o groźbach, szantażu czy próbach wymuszenia leczenia wbrew wskazaniom medycznym. W skrajnych przypadkach dochodzi do rękoczynów. Odmowa uśpienia zdrowego zwierzęcia albo informacja o kosztach terapii to decyzje, które potrafią wywołać wybuch agresji. Internet tylko dolewa oliwy do ognia. Jedna negatywna opinia w sieci może zniszczyć reputację budowaną latami. Paradoks tej profesji polega na tym, że społecznie postrzegana jest jako dochodowa, podczas gdy rzeczywistość bywa znacznie mniej komfortowa. Wielu młodych lekarzy rozpoczyna karierę od wynagrodzeń niewiele wyższych od płacy minimalnej. Jednocześnie koszty prowadzenia nowoczesnej praktyki – sprzętu diagnostycznego, leków czy całodobowej obsługi – rosną szybciej niż gotowość klientów do ich ponoszenia. Właściciele zwierząt często zapominają, że leczenie pupila to nie usługa kosmetyczna, lecz procedura medyczna wymagająca wiedzy, technologii i odpowiedzialności.
Najbardziej niepokojące są jednak dane dotyczące zdrowia psychicznego weterynarzy. Coraz więcej z nich korzysta z pomocy psychologicznej lub psychiatrycznej. W środowisku od lat mówi się o podwyższonym ryzyku, depresji i wypaleniu zawodowym. Codzienny kontakt z cierpieniem, presja czasu i łatwy dostęp do środków farmakologicznych tworzą mieszankę szczególnie niebezpieczną. Weterynarz pozostaje więc jednym z niewielu specjalistów medycznych, którzy muszą jednocześnie leczyć, tłumaczyć, negocjować i odpierać ataki. A przecież to zawód, który miał polegać przede wszystkim na pomaganiu.