R E K L A M A
R E K L A M A

Listy do redakcji Angory (22.02.2026)

Listy nadesłane przez czytelników tygodnika Angora. Za wszystkie wiadomości dziękujemy i zachęcamy do dalszego kontaktu.

Fot. Domena publiczna

„Czy Polska powinna wejść do Rady Pokoju” 

ICE po polsku?! 

Po przeczytaniu tekstu p. Różyckiego (ANGORA nr 5) „Czy Polska powinna wejść do Rady Pokoju” podejrzewam, że Autor nie czytał (ja tak!) tłumaczenia tego, co Trump przekazywał całemu światu tuż po zamaszystym podpisie w Davos (…). Zakładam, że nie czytał, zatem pozwolę sobie mieć inne zdanie o tej prywatnej inicjatywie Trumpa, czyli Radzie Pokoju. 

Trump nie potrzebuje tej Rady do stawiania hoteli na palestyńskim wybrzeżu, tylko do zaprowadzenia włas nych porządków tam, gdzie mu się zechce, a nasz (p)rezydent już zaczął małpować ruchy Trumpa, tworząc coś w rodzaju Rady Pokotu. Rozpoczął łowy, wzywając do siebie 29.01 pojedynczo szefów klubów parlamentarnych (nie wszyscy się stawili), aby upolować cenne zdobycze dla przyszłych rządów, a po wyborach parlamentarnych zrobić prawdziwy pokot, ucztując do woli. 

Przecież cała struktura trumpowskiej Rady przypomina bardziej spółkę portfolio Trump Organization, a nie organizację wielostronną, gdzie członkowie są równi. Tam tak nie będzie. Płacisz miliard dolców w gotówce? Będziesz na stałe. Nie, to będzie jak w jego ulubionym reality show „The Apprentice” – jednoosobowo: „Jest Pan zwolniony, bo ja tak chcę”, mimo że decyzje, jak zapisano, mają być podjęte większością głosów. Już widać, że niechętni liberalnym demokracjom mają większość. A jakie mogą być jego pomysły? 

Proszę bardzo – przejęcie Kuby, potem rakietami w Meksyk, aby uwalić kartele narkotykowe, wymuszenie na Duńczykach eksploatacji metali ziem rzadkich na Grenlandii. Ale dla nas, Polski, najgorsza jest bilateralna umowa z Putinem prowadząca do krzywdzącego dla Kijowa pokoju w Ukrainie – tylko po to, aby Rada Pokoju mogła nadzorować rekonstrukcję kraju, przy okazji konfiskując ukraińskie zasoby naturalne. Polska, będąc w tej Radzie, nie miałaby szans na zablokowanie. A takie ryzyko jest bardzo duże. Nawet jeśli jakimś cudem szare komórki (p)rezydenta się ustatkują i chciałby pomóc Zełenskiemu, nie będzie w stanie, bo zostanie przegłosowany przez koalicję wschodnich autokratów i rodzin królewskich Zatoki Perskiej. Jednocześnie podniesie wiarygodność decyzji Trumpa, żyrując je samym faktem członkostwa – ale w czymś, co jest dla nas całkowicie opcjonalne.

Nasze elity polityczne, łącznie z rządem, który marudzi, chcąc jakiejś debaty w Sejmie, muszą myśleć dalej niż horyzont wyborów. W świecie bez zasad, gdy naga siła i wojna wróciły do Europy, bezpieczeństwo to nie tylko gadanie. Na papierze może i przyjaźń z Trumpem jest OK, niektórym imponuje, ale w praktyce to jednak strzał w kolano, już nie w stopę. Nie możemy sobie pozwolić na to nie tylko dlatego, że kosztuje to miliard dolców w gotówce. Czy taki sam los spotka tzw. Koalicję Chętnych do pomocy Ukrainie? Nie wiem, ale podpis Trumpa cały świat widział. Załóżmy, że (p)rezydent nie podpisze Rady Pokoju.

Czy to oznacza, że zrezygnuje z małpowania Trumpa (…)? Młodszy o trzy lata od Trumpa Kaczyński już deklaruje, że z Braunem mu nie po drodze, bo jako stary polityczny wyga wie, że Batyr/Nawrocki chce go do siebie. Po co? Aby stworzyć takie amerykańskie ICE-bis, pełne niedouczonych, ale oddanych mu „funkcjonariuszy” do obrony jego i tylko przez niego rozumianych patriotycznych wartości. Już zaczął działać na Jasnej Górze. Wetując dużo ustaw, liczy na niezadowolenie ludzi i jakieś niepokoje społeczne i protesty – jak to teraz ma miejsce w USA. Nie zapominajmy, że wyrzuconych i zwolnionych z różnych przyczyn funkcjonariuszy mundurowych jest już, niestety, dużo. Wielu ma jakieś pretensje do władzy, pod której rządami służyli. Czy dołączą do nich byli wojskowi? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Ale zanim podejmą decyzję, niech sami dla siebie zrobią włas ny rachunek sumienia, czym się kierowali, decydując się na wyjazd na misje do Afganistanu czy Iraku. Wątpię, czy było to: „Za wolność waszą i naszą”. Z poważaniem KORDIAN

„Przedświąteczne zakupy”

Kiedy ktoś znika… 

Zwróciło moją uwagę zakończenie listu p. Władysława Górnego „Przedświąteczne zakupy” (ANGORA nr 5). Z meritum się zgadzam, natomiast po odwołaniu się do sumień, dumy i hierarchii wartości dzisiejszych producentów żywności oraz ogólnie „ludzi” pan Władysław zakończył całość potępieńczym: „Wstyd, panowie!”. Zgadzam się, wstyd. Ale dlaczego „panowie”? Czy producentami, konsumentami, ludźmi, których namawia do refleksji, są tylko mężczyźni? Takie jedno małe słowo, a pokazuje, kto w oczach autora kształtuje świat, a kto jest tylko jego tłem.

Ono uzasadnia sens całej batalii o feminatywy, uwzględnianie żeńskich form zawodów w ogłoszeniach o pracę i tym podobne inicjatywy. Gdzie w tym dramatycznym apelu są kobiety producentki, kobiety przedsiębiorczynie, kobiety kontrolerki jakości, kobiety inspektorki, kobiety właścicielki firm, kobiety laborantki, kobiety rolniczki, kobiety pracujące w rozmaitych urzędach i ministerstwach odpowiedzialnych za tworzenie regulacji i norm żywności? Nie ma, zniknęły. I to jest niebezpieczne, bo kiedy ktoś znika, nie trzeba brać go pod uwagę, uwzględniać jego perspektywy. Wtedy zwykle pada argument, że przecież „ludzie” to TEŻ kobiety, więc o co awantura. Otóż o „też”. Z pozdrowieniami EWA G.

Fotowoltaika według Janika

Miałem sen. Godzina 8 rano, dzwoni telefon i słyszę: „Tu kancelaria premiera. Dzwonię z polecenia premiera z zaproszeniem pana na posiedzenie rządu w najbliższy wtorek. Proszę nie odmawiać, sprawa bardzo ważna”. „Dobrze, będę” – odpowiedziałem.

Na posiedzeniu premier mnie przedstawił i powiedział, że po przeczytaniu w ANGORZE artykułu o autokonsumpcji energii wytwarzanej przez panele fotowoltaiczne nabrał podejrzeń, że programy „Mój Prąd” nie spełniają oczekiwań zarówno prosumentów, jak i rządu. „Co pan na to, panie Janik?” – zapytał.

Powiedziałem: „Panie premierze, w przypadku ataku na sieć przesyłową, to 1,5 mln ludzi, którzy założyli sobie fotowol taikę, i tak nie będzie miało prądu w domu. Na dachach znajdują się panele o łącznej mocy pięciu elektrowni, jak ta pracująca w Bełchatowie, ale nie mają magazynów energii. Ludzie, zamiast zanieść pieniądze do banku lub wydać na zakupy, okleili sobie nimi dachy. Czują się bardzo oszukani. Na dotację wydano tyle, że można było zbudować pół elektrowni atomowej. Budowane farmy fotowoltaiki zajmują olbrzymie przestrzenie ziemi (jedna z dużych to 311 ha – 436 boisk piłkarskich, a ile orlików?!). We Włoszech każdy kawałek ziemi przeznaczony jest na uprawy…”.

Minister finansów wtrącił: „Ale było mniejsze bezrobocie i dość duże wpływy z VAT-u z firm montujących instalacje”. „Kretyni!” – krzyknął premier. Na to zabrał głos minister Motyka: „My tylko pociągnęliśmy dalej te programy. Wszystkiemu jest winien Kaczyński. To on zaczął te programy. Nam i tak udało się zmienić nazwę z Mój Prąd 5.0 na Mój Prąd 6.0”.

Minister ciągnął temat dalej: „Panie premierze, mamy z Janikiem pomysł (wcześniej przekonałem ministra, że to, co proponuję, może być pomysłem wspólnym). Proponujemy wprowadzić program pilotażowy pod nazwą: „W każdym domu jednorodzinnym – minielektrownia”. Damy chętnym za darmo inwerter, panele fotowoltaiczne, magazyn energii i montaż. W Ukrainie wymieniono 18 mln żarówek na LED za darmo, co dało oszczędność energii w wielkości 1 bloku elektrowni atomowej. Średnio w roku gospodarstwo domowe potrzebuje około 3000 kWh. Jeżeli wydamy 9000 zł na taką instalację zamiast 26 tys. na dotację, a ludzie zobowiążą się, że przez 7 miesięcy nie będą korzystać z energii z sieci, to nie musimy rozpalać kotłowni węglowych, tylko utrzymamy w ruchu elektrownie gazowe, bardziej ekologiczne od węglowych. Każdy użytkownik, u którego zamontujemy nasze urządzenia, poczuje się kierownikiem elektrowni i będzie dbał o wysoką autokonsumpcję, zwłaszcza że za energię pobraną z sieci płaciłby podwójnie lub potrójnie. Ponadto możemy zbudować fabrykę montującą magazyny energii z komponentów sprowadzanych z Chin, zatrudniającą setki pracowników”.

Minister finansów cicho: „Panie premierze, pomysł wart rozważenia, tylko musimy mieć na uwadze niższe wpływy do spółek energetycznych i może zmniejszenie rad nadzorczych, a tam przecież nasi ludzie…”. Premier: „Dzisiaj kończymy i proszę o zaprenumerowanie ANGORY dla każdego ministerstwa po 100 egzemplarzy. Dziękuję panu Janikowi za zwrócenie mojej uwagi na te ważne problemy. Następne posiedzenie rządu na ten temat za miesiąc”. ALEKSANDER JANIK

Cztery małpy

Pewnego roku w Ratuszu w Oslo, w obecności norweskiej rodziny królewskiej, Norweski Komitet Noblowski wręcza Panu Donaldowi Trumpowi (PDT) Pokojową Nagrodę Nobla, medal, dyplom i ok. 1 mln dol. On, we fraku a la pingwin cesarski, prowadzi wykład o swoim zbawieniu świata i już nie zarzuca Norwegii małostkowości (2025 r.), na którą żalił się („durni”) za niedocenienie jego samodzielnego zakończenia ośmiu wojen i nieprzyznanie mu nagrody. Takiej ceremonii w Oslo chcą w przyszłości przewodniczący Izby Reprezentantów Kongresu USA oraz przewodniczący Knesetu Izraela, którzy, rozsyłając wici w świat (w tym do Sejmu RP), proszą o wsparcie (w Komitecie Noblowskim) kandydatury PDT.

Myślę, że skoro nagroda przyznana prezydentowi Obamie w 2009 r. wynikała z nadziei na przyszłe dokonania, a nie za zasługi, to nagroda dla PDT wynikać będzie nie z jego wątpliwych dokonań, ale ze strachu przed szantażem gospodarczym, aneksją regionów czy krajów lub wymierzonym na oślep prezydenckim hejtem. W przeciwieństwie do samochwały PDT specjaliści twierdzą, że z „ośmiu samodzielnie zakończonych wojen” za sukces należy uznać jedynie zakończenie konfliktów Kambodży z Tajlandią oraz Armenii z Azerbejdżanem. Podczas sporu Egiptu z Etiopią o tamę na Nilu, jak i sporu handlowego pomię dzy Serbią i Kosowem nikt nie strzelał.

Większość porozumień wynegocjowanych przez administrację PDT przyjął jedynie papier. Na przykład pomimo porozumienia pomiędzy Demokratyczną Republiką Konga i Rwandą przemoc wcale nie została zatrzymana. Pokojowa Nagroda Nobla należy się osobom, które: „… w największym stopniu przyczyniły się do braterstwa między narodami, redukcji stałych armii oraz promowania kongresów pokojowych”. Nie dostrzegam znamion działań PDT w żadnym z ww. aspektów, nawet w tak życiowo koniecznym, jak jednoczenie Rosjan w oddaniu dziesiątek tysięcy ukraińskich dzieci narodowi Ukrainy.

PDT nie jednoczy z USA narodów „z brudnych dziur”, wątpiąc w potrzebę przyjmowania imigrantów. Nienawidzi nawet Amerykanów z tych stanów, w których oni wybrali do rządzenia demokratów. W jednym z amerykańskich planów pokojowych pomiędzy Rosją a Ukrainą widać propozycję kilkusettysięcznej redukcji armii napadniętej Ukrainy, a nie widać propozycji redukcji armii rosyjskiej choćby o jednego bandytę. W przyznaniu Pokojowej Nagrody Nobla honorowane są: „…działania na rzecz praw człowieka, demokracji, rozbrojenia oraz mediacji w konfliktach”. W świetle ww. wymogów zachowania PDT utożsamiam z japońskimi postaciami „trzech mądrych małp”, które gestami łap zasłaniają oczy, uszy lub usta.

PDT „nie widzi nic złego” w decyzji o wycofaniu USA z Rady Praw Człowieka ONZ i nałożeniu sankcji na osoby współpracujące z Międzynarodowym Trybunałem Karnym, który ściga zbrodniarzy wojennych, m.in. Putina i do kwietnia 2025 r. premiera Izraela – Netanjahu. Po każdej informacji o bombardowaniu cywilów i cywilnych obiektów infrastruktury krytycznej w Ukrainie przez rosyjskich terrorystów zastanawiam się, gdzie determinacja PDT do zakończenia wojny Putina w ciągu jednego dnia. Zapytajmy mieszkańców zrównanej z ziemią Gazy, gdzie był PDT i dlaczego nie przeciwdziałał, gdy w punktach wydawania żywności zabijane były nawet dzieci.

PDT „nie słyszy nic złego” w oburzeniu wolnego świata oraz obywateli: Danii, Grenlandii, Kanady, Kuby, Meksyku, Panamy i Kolumbii, którym on i jego przyboczni grozili aneksją lub atakiem. PDT „nie mówi nic złego”, drwiąc z dobrego imienia i pamięci o polskich żołnierzach poległych na polu chwały w Afganistanie, w ramach pomocy członkowi NATO, tj. USA. W mojej ocenie w dążeniu do pozyskania Pokojowej Nagrody Nobla Donald John Trump „pozostaje nieco z tyłu, z dala od linii frontu”, daleko za swoim ego. Dobra robota, Donald (ang. am. guud dziob – z kciukiem i czerwoną czapeczką). JANUSZ

Western

Urodzony cztery lata po nieudanym zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu miałem do niedawna nadzieję, że dożyję bezpiecznej starości, a tymczasem świat stanął znowu na krawędzi wojny. Trump się wypiął na nas i na całą Europę, depcząc zobowiązania poprzedników, choć wydajemy wielką kasę na ich broń i giniemy od lat w ich wojnach. Bezlitośnie pozbawił nas złudzeń, wykpił Europę i wielonarodowy sojusz obronny, i – co gorsza – również polską krew. „Nawłokiemu” pokazał fucka, a nam wszystkim – gdzie nas ma. Tym bardziej szkoda, że nie wygrał Trzaskowski, bo za karę połamałby sobie na nim język. Z Putinem robi bezczelny deal, a obaj udają gołąbki pokoju. Orbán gra im czardasza i ustami swojego ministra spraw zagranicznych grozi UE, by nie próbowała wtrącać się w wybory nad Dunajem. Szkoda, że nie powiedział, czym nam zagrozi paprykowe mocarstwo. Podniesie cła na arbuzy czy zemści się zbrojnie?

Poczuli się mocni pod skrzydłami dwóch jastrzębi, jak nasi kibole w objęciach kumpla z Pałacu Prezydenckiego. Trump draśnięty w ucho doznał objawienia, bo poczuł krew. Domaga się Pokojowej Nagrody Nobla, choć nie znam ani jednej wojny, którą by naprawdę zakończył. W tej sytuacji musi mu wystarczyć Nobel od Wenezuelki, którą wyszydził, a która mimo to stała się jego fanką. Nie miejmy jednak do niej pretensji, wszak kobieta zmienną jest… Europa uległa ułudzie amerykańskiej wolności i demokracji, a teraz nie może uwierzyć własnym oczom! Polowanie i zabijanie ludzi na ulicach na podstawie karnacji, koloru skóry i rysów twarzy to najmroczniejsze czasy tej ziemi. 

Tę ponurą rzeczywistość komentują dwie młode funkcjonariuszki reżimu Trumpa wpatrzone w wypłowiałego playboya jak nastolatki w rapera. Brunetka chwali swoje służby, a blondynka z krzyżykiem w dekolcie tłumaczy dziennikarzom ślinotok szefa. Porównują morderców z Minnesoty do szeryfów z Dzikiego Zachodu. Chowanie się za plecami ładnych kobiet to sprytne posunięcie, ale bardziej pasowałyby tu gęby dwóch zamaskowanych oprychów. Całe moje pokolenie wychowało się na westernach, w których dobro wygrywało ze złem. Zamaskowany był tylko zbir, a nie szeryf i jego rewolwerowcy. 

To, niestety, western nie z tamtej bajki, a z dzisiejszego horroru. Każdy Amerykanin jest mniej lub bardziej przyjezdny z woli własnej lub nie, jak niemal wszyscy Afrykanerzy i „nikt na ukradzionej ziemi nie jest obcy”, co trafnie zauważyła jedna z laureatek GrammyBiali niewolnicy z Podlasia i Podhala sami się tam pchali, więc nie żal mi ich. Mogli nie uciekać jak szczury z tonącego okrętu. Tylko Indian i bizonów mi żal. Ich los dawno już został przesądzony i zamieciony pod dywan, po którym stąpają dziś Trump z Putinem, poklepując się po plecach w imię bilateralnych interesów kosztem maluczkich. Panowie świata, k… m…! 

Polski los wraca jak zły sen. Znowu znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Młot jest ten sam, tylko kowadło inne i nieco dalej, ale znowu spiskują ponad naszymi głowami. Znowu historia niczego nas nie nauczyła. Kiedyś Urban oferował im śpiwory. Dziś też by się tam przydały i uchroniły wielu bezdomnych od śmierci w cieniu drapaczy chmur. Ameryka to może i piękny kraj, ale prognozy są tam dobre tylko dla bogaczy. „Dla niebogaczy zawsze były złe”, a dziś są równie złe dla nas, choć nie jesteśmy już biedni jak kiedyś i żyje się nam o wiele lepiej niż tamtym biedakom. Zbyt łatwo jednak uwierzyliśmy w przyjaźń bez wzajemności z plemieniem zza wielkiej wody, nie wiedząc, że oni na Wielkanoc malują ziemniaki, a nie jajka… LUCJAN CERES

Idzie luty…

…zaopatrz buty w nakładki antypoślizgowe, chciałoby się dziś powiedzieć. Nie ma co ukrywać, ostatnie lata odzwyczaiły nas od zachowania typowego dla tej pory roku, uśpiły naszą czujność. Buty też są dziś inne, bardziej śliskie – w większości mają spody z tworzywa, a nie z gumy. Jak jest zima, to musi być zimno, pani kierowniczko – jak mówił palacz w filmie „Miś” Stanisława Barei.

Żeby nie było, że tylko proletariat tak myślał, w znacznie mniej odległych czasach jedna z prominentnych polityczek sfer rządowych też powiedziała, że „taki mamy klimat”. Iluż to ludzi – zaskoczonych porannym widokiem – musiało gołymi rękoma ściągać śnieg z zaparkowanego na osiedlowym parkingu auta! Na szczęście rynek zareagował tak, jak przystało na wolny rynek: natychmiast pojawiły się skrobaczki, łopaty do śniegu, sól drogowa, piasek w workach etc. Ba, nawet płyn zimowy kupowany na stacjach nie zamarzał w trakcie wlewania, jak dawniej bywało.

Gorzej z mentalnością ludzi. Odzwyczajeni od zimy, do tego przy uśpionej czujności i z powodu braku wyobraźni, wchodzimy na lód, który takiego naporu wytrzymać nie może. On – to znaczy lód na stawach i jeziorach – też musi mieć czas, by się oswoić z zimą i przygotować na nasze przyjście. Któż z nas, starszych, może powiedzieć, że nigdy nie wpadł do wody, wchodząc na lód? Ale my byliśmy na to przygotowani mentalnie i fizycznie, więc utonięć pod lodem nie było. Dziś jest inaczej. Dzieci nie zdają sobie sprawy z tego, jak niebezpieczne jest zarwanie się lodu pod nogami, a dorośli im też tego nie uświadamiają, bo pokolenie ich rodziców wyrosło w czasach, gdy zimy zdarzały się sporadycznie.

W mediach lament: śliskie drogi, nieodśnieżone chodniki, spóźnione pociągi etc. Swoją drogą, ciekawi mnie, czy biadolący nad stanem ciągów pieszo-jezdnych odśnieżyli porządnie swoje ścieżki do domów, schody itd. Może kolejarze też myślą: a co tam, zwalimy na zimę. Trudno wykluczyć taką postawę. Na zachodzie Europy to wręcz prawdziwa klęska. Pięciocentymetrowy śnieg poskutkował odwołaniem zajęć w szkołach. Cóż, oni są jeszcze bardziej niż my zaskoczeni tym, że jest zima i że właściwe tej porze roku zjawiska atmosferyczne mogą się zdarzyć. I się zdarzają. Pojawiła się też w mediach i socialach fala wspomnień o tym, jakie to drzewiej zimy bywały, jak przekopywaliśmy się przez zaspy, na jakich urządzeniach własnej konstrukcji zjeżdżaliśmy z najmniejszej nawet górki.

Jeden z moich znajomych mówił kiedyś: „Kiedy styczeń najmroźniejszy, wtedy kroczek najpłodniejszy”. W oryginale było, rzecz jasna, inne słowo, ale i w tym powiedzeniu jest sporo prawdy, co uświadomiła mi pewna pani, gdy szukałem pamiątki z zodiakalnym Lwem. „Panie, pod tym znakiem rodzi się najwięcej zimowych dzieci” – powiedziała. Wyciągnęliśmy z żoną kożuchy zalatujące naftaliną, sprawiliśmy sobie nakładki na ślizgające się buty i… w drogę. ARTUR BUKAJ 

2026-02-18

Angora