Kubanizacja to proces wymuszony przez dyktatorów Cháveza (Caracas) i Fidela Castro (Hawana), który za ropę wenezuelską organizować miał po kubańsku życie społeczne i polityczne kraju leżącego nad największymi na świecie zasobami węglowodorów. Ludzie Cháveza nazywali to „socjalizmem XXI wieku”. Sowietyzacją (tropikalną) nazwiemy eksperyment przekształcający rewolucyjną Kubę w coś na kształt zależnego od ZSRR kraju komunizmu karaibskiego.
Doktryna Monroe’a, ogłoszona na początku XIX wieku, dowodziła lęku USA przed Hiszpanią i Francją. Według prezydenta Monroe’a potęgi europejskie miały nie mieszać się w sprawy półkuli zachodniej, w zamian za co USA miały nie mieszać się do spraw europejskich. W latach zimnej wojny doktryna ta przekrzywiona została do postaci twierdzenia, że nikt poza Stanami Zjednoczonymi nie ma prawa ingerować w życie mieszkańców zachodniej hemisfery.
Raúl Castro, 96-letni starzec, przyrodni brat Fidela i druga osoba w państwie, to synonim dyktatora wychowanego na wzorach sowieckiej KGB. Całe życie rządził kubańską armią czasów rewolucji, które ciągle trwają. W roku 1996 polecił zestrzelić niewielkie samoloty amerykańskie, którym spieszyli na pomoc rozbitkom kubańscy emigranci. Trzej z nich to byli obywatele USA.
Prezydent Donald Trump tuż przed atakiem na Iran zapowiedział, że tak na marginesie zajmie się także Kubą. Mówiąc to, był pewien, że współcześnie Kuba jest beznadziejnie słaba i że zajęcie wyspy to dla niego igraszka. Z informacji napływających z Hawany wynika, iż Kubańczycy przeżywają kryzys, jakiego inny kraj by nie wytrzymał. Nie ma co jeść. Kartkowane produkty to już tylko – jak kiedyś w Polsce – ocet. Prądu nie ma, bo nie ma ropy. Sklepiki dolarowe zasilane przez emigrantów z Florydy sprzedają resztki w gigantycznych cenach. Życie codzienne stało się katorgą nie do wytrzymania. A teraz jest jeszcze gorzej, bo mieszkańcy wyspy niedawno przeżywali oddech po decyzjach ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamy, który zawiesił sankcje i pozwolił na namiastkę handlu zagranicznego i turystykę. Trump to zlikwidował i czeka na kompletną zapaść Kuby. Media społecznościowe pełne są nagrań pokazujących agonię miast, które kiedyś były miejscami tętniącymi życiem – z amerykańskimi samochodami z lat 50., wypielęgnowanymi jak kolekcjonerskie okazy, muzyką i tańcem na ulicach.
Ciągnące się kilometrami wysypiska śmieci sprawiają przygnębiające wrażenie. Nikt ich nie usuwa, bo nie ma benzyny, śmieciarki nie jeżdżą. Krążowniki szos też stoją. Kamienice przy reprezentacyjnym bulwarze Malecón straszą odsłoniętymi „żebrami”. Co drugiej ściany nie ma, bo wyrwały je huragany i fale. Nie ma dachów, bo zmyły je tsunami. Niektóre ulice przypominają najgorsze slumsy Nowego Orleanu. Tylko dziewczyny jak zawsze dobrze ubrane, w legginsach, które przysyłano z Miami. O szóstej wieczorem miasto spowija smolisty mrok. Czteromilionowa Hawana, miasto ciągle piękne za dnia i magiczne, zapada się w pełen dzikich dźwięków czyściec. Kto mógł – uciekł, ale ludności wciąż przybywa, bo w tropiku wszystko się nawzajem morduje, to i odradzać się musi gwałtownie, jak to na Kubie. Jeśli Trump chce tego życia spróbować, Kubańczycy go przywitają…
Kuba miała już swoje chwile w historii świata. Najbardziej pamiętną jest kryzys rakietowy Chruszczow – Kennedy w roku 1962, kiedy świat zawisł nad krawędzią katastrofy nuklearnej. Była też próba odbicia Hawany z rąk Fidela Castro przez ekspedycję w Zatoce Świń, w której uczestniczyli emigranci kubańscy. Od tamtej pory działa potężna blokada, którą USA nałożyły na wyspę i wszystkie firmy amerykańskie chcące z nią handlować. Jest ona wygodnym usprawiedliwieniem władz rewolucyjnych, które zlikwidowały rynek, a na to miejsce wprowadziły system sowiecki. Gdyby USA chciały obalić rządy Fidela Castro, musiałyby znieść blokadę. A na to nie zgadzała się milionowa emigracja kubańska zakotwiczona na Florydzie. Póki istniał ZSRR i pomagał Kubie, kupując na zapas jej cukier, póty namiastka życia kwitła i udawała sukces, a Fidel Castro grał rolę wielkiego przywódcy na skalę światową. Tej roli nie mógł i nie może pełnić jego brat Raúl, nie mówiąc już o obecnym prezydencie – działaczu komunistycznym – Díazie-Canelu.
Czy Kubańczycy życzą sobie, żeby stan rzeczy, z którym mają do czynienia przez ostatnie 67 lat, trwał nadal jako ustrój? Na to pytanie musiałby odpowiedzieć obywatel, który zna tylko „socjalizm lub śmierć”. Jeśli nie chcesz socjalizmu, to umrzesz. Jeśli nie chcesz umrzeć, to musisz wybrać socjalizm.
Incydent z samolotami ratunkowymi ma podtekst. Gdyby samoloty kubańskie zapędziły się nad Miami, to czy obrona amerykańska czekałaby z zestrzeleniem długo? Tymczasem co samoloty ratunkowe robiły nad wodami kubańskimi? Wyruszyły na pomoc rozbitkom-uciekinierom z Kuby. Trzeba było strzelać? A z drugiej strony – trzeba było uruchamiać procedury karne USA po dziesięciu latach od incydentu?