Pojawia się wtedy, gdy widzimy coś większego od nas: ogromne góry, wzburzone morze, monumentalne dzieło sztuki albo właśnie niebo rozlane pomarańczem i różem. Badania sugerują, że takie chwile mogą obniżać napięcie, pomagają wyrwać się z pętli czarnych myśli i poprawiają nastrój. Mózg dostaje kilka minut odpoczynku. Zachwyt może też poprawiać pamięć i koncentrację. Naukowcy przypuszczają, że niezwykły widok po prostu porządnie przykuwa uwagę. A dziś uwaga jest towarem deficytowym: rozszarpują ją wiadomości, reklamy, ekrany i niekończące się „pilne sprawy”.
Na tym jednak nie koniec. Ludzie regularnie doświadczający pozytywnych emocji mieli w niektórych badaniach niższy poziom markerów stanu zapalnego. Nie oznacza to oczywiście, że zachód słońca zastąpi lekarza, leki czy zdrową dietę. Może jednak być jednym z drobnych nawyków, które pomagają organizmowi lepiej radzić sobie ze stresem. Co ciekawe, zachwyt potrafi również zmiękczyć charakter. W jednym z eksperymentów osoby patrzące na ogromne drzewa chętniej pomagały badaczowi zbierać rozsypane długopisy niż ci, którzy obserwowali zwykły budynek. Być może, gdy człowiek przez chwilę czuje się mały wobec natury, łatwiej mu zauważyć innych. Jest jeszcze sen. Poranne słońce daje sygnał: „pobudka”, a zmierzch przypomina: „zwalniamy”. Delikatne światło wieczoru pomaga rytmowi dobowemu przygotować ciało do odpoczynku.
Problem w tym, że po zachodzie słońca fundujemy sobie własne południe: telewizor, laptop, telefon przy twarzy. Mózg dostaje sprzeczne komunikaty i nie bardzo wie, czy ma zasypiać, czy dalej przeglądać internet. Najlepsza kuracja jest banalna. Kilkanaście minut spaceru przed zmrokiem, bez słuchawek i bez polowania na idealne zdjęcie. Nie trzeba jechać na Santorini ani nad ocean. Zachód nad blokami, polem, działką czy parkingiem też jest zachodem. Natura od tysięcy lat daje nam dwa bezpłatne sygnały: wschód, żeby zacząć dzień, i zachód, żeby go wreszcie zakończyć.