A jak Anterselva
Piękno gór, cisza, zimą najbielszy na świecie śnieg, wydaje się, że to nieskażona cywilizacją przestrzeń. Nawet Mona Lisa w Luwrze tak nie zachwyca, jak to święte miejsce biathlonu. Moim zdaniem – najprzyjemniejsze miejsce na tegorocznych igrzyskach. Organizacyjne mistrzostwo. Logistyka na najwyższym poziomie. Tysiące ludzi z okolicznych parkingów „przenoszono” w tempie Bolta na biathlonową arenę. Setki autobusów krążyło nieustannie specjalnie wyznaczonymi trasami. Kibic był tutaj ważną postacią, zadbano o niego lepiej niż o niemowlaka. Nawet jak zgubisz dowód osobisty, to uwierz, Drogi Czytelniku, że znajdzie się i trafi do Ciebie. Sam się o tym przekonałem – tą drogą wielkie dzięki dla Benedetty z Mediolanu, Kingi i Marcina z Warszawy. W Anterselvie w głównych rolach biathloniści z Norwegii i Francji. Polskie biathlonistki jeszcze w drugoplanowych, ale na tyle istotnych, że wiara w medal rosła jak szczypiorek na wiosnę. W Anterselvie w 1995 roku mistrzostwo świata zdobył Tomasz Sikora, który jedenaście lat później został na igrzyskach w Turynie wicemistrzem olimpijskim. Następców ciągle nie widać. Panowie biathloniści podobno szykują formę na igrzyska w Grenoble, za cztery lata. No dobrze, przyjmijmy tezę, że teraz było tylko przetarcie. Będziemy śledzić, dopingować, ale i rozliczać. Co cztery lata przy okazji zimowych igrzysk podnosi się lament, że nie mamy toru dla saneczkarzy i bobsleistów. Dla mnie wstydliwe, że nie potrafimy wybudować stadionu biathlonowego, na którym można by rozgrywać zawody Pucharu Świata.
B jak bombardino
Na początku słodycz, która z czasem szczypie rozkosznie w język. Obowiązkowy trunek na włoskich stokach. Okraszony śmietaną niczym pierogi szpyrką. Kręci się w dużych podgrzewanych pojemnikach, nęci kolorem i zapachem, skutecznie rozgrzewa w chłodniejsze dni. Ma tylko jeden mankament – przywieziony do domu nie ma już tego smaku, przyjemności, lecz tylko pogłębia tęsknotę oraz wzmaga natychmiastową chęć powrotu we włoskie góry.
Subskrybuj