Obawiam się, że zaczyna mi „grozić” honorowe obywatelstwo Korei Południowej. Wszystko przez to, że niemal zawsze dochodzę do identycznych wniosków, gdy opisuję auta azjatyckiego potentata. Usatysfakcjonowanie miesza się z podziwem dla spektakularnego rozwoju, jaki notuje koreańska marka od dobrych kilku lat. Staje się to nudne i aż się prosi o złe samochody, które mógłbym wyszydzić i którym z dziką rozkoszą mógłbym powytykać serię przywar. Niestety, nie tym razem. Choć Kii EV4 nie uważam za jeżdżący ideał, to też nie mam najmniejszych podstaw, żeby wzywać do spalenia jej na stosie…
„Od przybytku głowa nie boli”, a może „co za dużo, to niezdrowo”? Zastanawiałem się, która z ludowych mądrości bardziej pasuje do zobrazowania tego, co obecnie serwuje nam Kia. Żeby pomieścić wszystkie modele sprzedawane w Polsce przez firmę z Seulu, potrzeba naprawdę przepastnego salonu samochodowego. W gąszczu aut sygnowanych trzema literami można się pogubić. Być może będzie jak z Mercedesem, który niedawno również szedł po bandzie z rozmnażaniem modeli, aż doszedł do ściany i pokornie zaczął kurczyć paletę. A może okaże się, że w tym koreańskim szaleństwie jest metoda i faktycznie jest zapotrzebowanie na aż taką różnorodność…
Jeśli chodzi o nowoczesne, najbardziej zaawansowane technologicznie elektryczne samochody osobowe (warto zwrócić uwagę, że Kia proponuje też elektryczne dostawczaki), mamy do wyboru EV3, EV4, EV4 Fastback, EV5, EV6, EV9. Lada moment do rodziny dołączy najmniejszy, najtańszy i – wielce prawdopodobne – najbardziej sensowny EV2. Do wyliczanki należy dodać usportowione odmiany GT i… wziąć głęboki oddech.

Subskrybuj