Mazda lubi iść pod prąd, Mazda lubi działać po swojemu… To nie tylko wyświechtane frazesy, lecz powiedzenia faktycznie oddające stan rzeczy w 2026 roku w motoryzacyjnym świecie. Z pewnym wyjątkiem…
Dla wielu kierowców najważniejszy w samochodzie jest silnik. I właś nie takim fanom czterech kółek – wymagającym i często konserwatywnym – wychodzi naprzeciw japońska marka. W dobie gdy producenci jak jeden mąż zmniejszają pojemność spalinowych silników, dokładając im turbodoładowania, Mazda rozwinęła spory, wolnossący motor. Jest nim czterocylindrowa 2,5-litrowa benzynowa jednostka, wspomagana układem miękkiej hybrydy. Co ważne – to jedyna dostępna opcja w nowej CX-5. Wybór polega jedynie na napędzie: na przednią oś lub (po dopłacie 8 tysięcy złotych) na obie. Świetnie, że nie zrezygnowano z wariantu 4 x 4, bo nie ma zgrzytu z nazywaniem CX-5 SUV-em, co w wypadku wielu teoretycznie konkurencyjnych modeli bywa kłopotliwe. Gorzej, że zestaw ma łącznie raptem 141 koni mechanicznych. O ile ten parametr „na papierze” wygląda po prostu kiepsko, o tyle osiągi są już powodem do wstydu. Wersja 4 x 4 potrzebuje na rozpędzenie się do pierwszej setki prawie 11 sekund. Katastrofa?! Nie do końca… Jasne, nie ma co zakłamywać rzeczywistości i większy zapas mocy przyjąłbym w CX-5 z pocałowaniem ręki, bo niedobór czuje się np. przy autostradowych wyższych prędkościach, kiedy japońskiemu SUV-owi zaczyna brakować pary, ale nie jest tak, że Mazda jest ślamazarnym autem. Przeciwnie, gdybym wcześniej nie słyszał o specyfice japońskiego silnika, szacowałbym jego moc na znacznie wyższą. Powiem więcej, CX-5 jeździło mi się przyjemnie i szczerze polubiłem się z tym napędem.

Subskrybuj