– Na filmach w internecie ludzie z piskiem rzucają się panu na szyję. Dziękują za wyłowienie z jeziora zgubionych przez nich przedmiotów, najnowszych telefonów komórkowych. Jakie to uczucie?
– Czuję się wtedy trochę jak bohater, ale przede wszystkim cieszę się, że moje umiejętności i doświadczenie na coś się przydają. A od maja do września na jeziorach nudy u nas nie ma (śmiech).
– Co najczęściej pan wyławia? Co gubią turyści pływający po Wielkich Jeziorach Mazurskich?
– Najmniejszą rzeczą, jaką wyciągałem, był implant zęba. To była „jedynka”, której szukałem w porcie w Węgorzewie. A to jeden z najstarszych i chyba najbrudniejszych portów na Mazurach. Widoczność zerowa, ciężko mi było ten mały przedmiot odszukać, ale po dwóch godzinach jakimś cudem się udało. Szukałem też wielokrotnie złotej biżuterii, pierścionków, kolczyków. Wyławiam sztuczne szczęki, kluczyki samochodowe, a nawet cenny sprzęt wędkarski.
– Dostaje pan telefon i co dzieje się dalej? Jak wygląda pana praca?
– Najpierw próbuję wzrokowo namierzyć daną rzecz. A gdy orientuję się, że nie ma na to szans, to zaczynam brodzić w tym mule. Na początku do poszukiwań używam tylko rąk. Dopiero po czasie, gdy szukam jakiejś mniejszej rzeczy typu biżuteria, kluczyk do samochodu, czyli coś, co ma w sobie kawałek metalu, wówczas pomagam sobie specjalistyczną elektroniką, czyli m.in. podwodnym wykrywaczem metali.
Subskrybuj