Minął rok od zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na prezydenta Rzeczypospolitej. Zaprzysiężenia, które – przypomnijmy – odbyło się w atmosferze poważnych kontrowersji. Ostatecznie kandydat prawicy pokonał Rafała Trzaskowskiego różnicą zaledwie 370 000 głosów przy prawie 21-milionowej frekwencji. Tak niewielka przewaga, doniesienia o nieprawidłowościach w części komisji oraz fala protestów wyborczych podsycały wątpliwości wokół wyniku. Jednak marszałek Szymon Hołownia, nie chcąc dopuścić do kryzysu na szczytach władzy, odebrał przysięgę od nowego prezydenta.
Można było przypuszczać, że głowa państwa wybrana tak nieznaczną przewagą, w kraju podzielonym politycznie niemal idealnie na pół, obierze kurs koncyliacyjny. Że spróbuje znaleźć sprawy, które mogłyby połączyć Polaków ponad partyjnymi podziałami, tak jak niegdyś robił to Aleksander Kwaśniewski. Nic bardziej mylnego. Karol Nawrocki jak na razie kroczy przez urząd drogą, którą wcześniej nie szedł żaden polski prezydent, co nie znaczy, że jego styl nie miał do tej pory odpowiednika na świecie.
Podkoszulek w Belwederze
Dla wielu wyborców było nie do pojęcia, że głową państwa może zostać człowiek z tak niejasną przeszłością. Media rozpisywały się o dziewczynach, które Nawrocki miał niegdyś dostarczać gościom sopockiego Grand Hotelu, on sam przyznał zaś, że brał udział w kibicowskiej ustawce.
Kiedy się zastanowimy, dlaczego wyborcom przestało przeszkadzać coś, co jeszcze piętnaście lat wcześniej prawdopodobnie zdyskwalifikowałoby kandydata na amen, możemy dojść do wniosku, że odpowiada za to postępująca demokratyzacja i wulgaryzacja życia publicznego. Z jednej strony mamy coraz więcej kanałów telewizyjnych, programów na YouTubie i pod castów, z drugiej – umówmy się – mało kto wykorzystuje ten szeroki dostęp do kultury, żeby wyszukiwać zaginione perełki Teatru Telewizji. Nowe media przyniosły nam patostreamy, freak fighty i celebrytów znanych głównie z tego, że są znani. Nagła eksplozja kariery Nawrockiego była konsekwencją tego przesunięcia.
Nawrocki nie tylko dobrze się odnalazł w tej nowej kulturze, lecz także wniósł do Pałacu Prezydenckiego własną, charakterystyczną przaśność. Pojawiał się w oknie Belwederu w podkoszulku, niemal ogłuszał żołnierzy potężnym okrzykiem, a woreczki nikotynowe uczynił niemal nieodłącznym rekwizytem swojej prezydentury, wszak sięgał po nie nawet w siedzibie ONZ. Na Jasnej Górze zapewniał kibiców, że jest „jednym z nich”, a reportera TVN-u pouczał, sugerując, żeby ten „się ogarnął”. W ten sposób budował wizerunek prezydenta bez lukru: fizycznego, bezpośredniego, trochę koszarowego, bardziej przypominającego trenera boksu niż wychowanka korpusu dyplomatycznego.
Ta romantyczna opowieść o człowieku po przejściach, który mimo trudnego startu zdołał się wybić, przypomina nieco szlachecką obsesję na punkcie „króla Piasta” – władcy wybranego spośród swoich i przeciwstawianego królom z importu. Nawrocki wygrał nie mimo szoku estetycznego wywoływanego przez siebie, tylko w pewnym stopniu właśnie dzięki niemu. Ostatecznie żyjemy bowiem w czasach, w których estetyka jest ważniejsza niż polityka.
Wetomat w trybie turbo
Jednak rok prezydentury nie składa się wyłącznie z konferencji prasowych i spotkań z głowami innych państw. W międzyczasie trzeba stać na straży konstytucji i podejmować decyzje w sprawie ustaw uchwalonych przez parlament. To ostatnie szło Karolowi Nawrockiemu wyjątkowo opornie.
W ciągu zaledwie roku prezydent zawetował 41 ustaw. To niemal dwa razy więcej niż Bronisław Komorowski i Lech Kaczyński zawetowali łącznie. Więcej niż Aleksander Kwaśniewski przez dziesięć lat urzędowania i ponad dwa razy więcej niż Andrzej Duda w ciągu dwóch kadencji. Absolutny rekord III RP.
Zwolennicy Nawrockiego odpowiedzieliby, że w tym samym czasie podpisał ponad 250 ustaw. Tyle że prezydentury nie ocenia się wyłącznie za pomocą statystyki. Znaczenie ma przede wszystkim ciężar spraw, w których głowa państwa postanowiła powiedzieć „nie”.
Największym cieniem na dotychczasowej prezydenturze kładzie się weto wobec ustawy dotyczącej programu SAFE. Polska otrzymała w nim możliwość zaciągnięcia 43,7 mld euro korzystnie oprocentowanej pożyczki na modernizację armii, rozwój Tarczy Wschód, obrony przeciwlotniczej i systemów antydronowych. Spłatę kapitału można było rozpocząć po dziesięciu latach i rozłożyć nawet na czterdzieści pięć lat, a większość pieniędzy miała trafić do polskich przedsiębiorstw.
Nawrocki uznał jednak, że mechanizm nadmiernie uzależnia Polskę od Brukseli i obciąży przyszłe pokolenia długiem. Weto nie zatopiło całego programu: rząd znalazł sposób na podpisanie umowy, a Polska otrzymała pierwszą transzę.
W oczy rzuca się również weto wobec nowelizacji Kodeksu postępowania karnego, o której pisaliśmy już w „Angorze”. Ustawa miała ograniczyć nadużywanie tymczasowych aresztowań oraz zakazać wykorzystywania w procesie dowodów zdobytych za pomocą czynu zabronionego, czyli tak zwanych owoców zatrutego drzewa. Prezydent argumentował, że przepisy były źle skonstruowane i mogły utrudnić aresztowanie podejrzanych o niektóre groźne przestępstwa. Odrzucając całą ustawę, pozostawił jednak w mocy system pozwalający miesiącami przetrzymywać ludzi bez wyroku i posługiwać się dowodami zdobytymi przez funkcjonariuszy z naruszeniem prawa. Decyzja wywołała sprzeciw nawet w części środowisk kibicowskich, z których Nawrocki politycznie wyrósł.
Wspomnijmy też o wecie wobec opodatkowania fundacji rodzinnych. Ustawa nie miała likwidować tych instytucji, lecz ograniczać wykorzystywanie ich do agresywnej optymalizacji podatkowej.
Podobnie było z ustawą wiatrakową, która zmniejszała minimalną odległość nowych elektrowni od zabudowań z 700 do 500 metrów i ułatwiała rozwój lądowej energetyki wiatrowej. To weto było ogromnym prezentem dla lobby węglowego.
Aż trzykrotnie zawetował również ustawę regulującą rynek kryptoaktywów. Kolejne projekty miały dostosować polskie prawo do unijnego rozporządzenia, powierzyć nadzór Komisji Nadzoru Finansowego oraz stworzyć system licencji i ochrony klientów. Nawrocki przekonywał, że ustawy nadmiernie wzmacniały KNF, pozwalały zbyt łatwo blokować rachunki i strony internetowe. Sprawa nabrała szczególnego ciężaru po wybuchu afery wokół giełdy Zondacrypto. Podczas kampanii wyborczej była ona strategicznym sponsorem konferencji CPAC w Rzeszowie, która służyła promocji Nawrockiego. Kilka miesięcy później prokuratura wszczęła śledztwo dotyczące podejrzeń oszustwa i prania pieniędzy, a szkody klientów szacowała na co najmniej 350 mln zł.
Nie ma dowodów, że prezydenckie weta były polityczną zapłatą dla sponsora sprzyjającego mu wydarzenia. Trudno jednak nie dostrzec, że prezydent trzykrotnie blokował regulację rynku, podczas gdy zaprzyjaźniona z prawicą giełda znalazła się w centrum jednej z największych afer finansowych ostatnich lat.
Jak na prezydenta, który zbudował swoją legendę jako człowiek z gminu, Nawrocki zaskakująco często stawał po stronie tych, którzy chcieli zachować istniejące przywileje i reguły gry. Dlaczego to robił? Część jego decyzji można wyjaś nić osobistymi poglądami oraz obroną środowisk, których interesy są mu politycznie bliskie. Najlepszym przykładem jest weto wobec ustawy o statusie osoby najbliższej. Choć jeszcze w kampanii Nawrocki deklarował gotowość do rozmowy o takim rozwiązaniu.
Inne weta służyły bezpośrednio osłabianiu rządu. Odrzucając podwyżkę akcyzy na alkohol, prezydent utrudnił Ministerstwu Finansów domknięcie finansów państwa i pozbawił budżet ponad 2 mld zł planowanych dochodów.
Najważniejsza wydaje się jednak sama polityczna potrzeba działania. Nawrocki desperacko próbuje zerwać z wizerunkiem prezydenta żyrandola, a przede wszystkim z dziedzictwem Andrzeja Dudy, nazywanego przez przeciwników długopisem PiS. Przedstawia się jako pierwszy recenzent rządu i człowiek, który wraz z kancelarią złożoną w dużej mierze z polityków tej partii – Zbigniewa Boguckiego, Pawła Szefernakera czy Marcina Przydacza – uważnie czyta trafiające na jego biurko ustawy i chroni obywateli przed złym prawem.
Przysłowiowy Kowalski nie zaczyna przecież dnia od lektury „Gazety Prawnej”. Z umiarkowaną uwagą śledzi, które ustawy prezydent zawetował, rzadko jednak zagłębia się w ich szczegóły. Nawrocki oraz jego ludzie proponują mu, że obywatelską czujnością zajmą się za niego. Sami wszystko przeczytają i zatrzymają to, co szkodliwe.
Na razie ta strategia działa. Nawrocki pozostaje liderem rankingów zaufania, a po roku urzędowania nieco więcej badanych oceniało jego prezydenturę pozytywnie niż negatywnie. Nie oznacza to, że Polacy popierają każde weto. Pokazuje jednak, że wizerunek aktywnego strażnika pilnującego rządu jest politycznie znacznie bardziej atrakcyjny niż rola ceremonialnego lokatora Pałacu Prezydenckiego.
Czy Nawrocki sięgnie po pełnię władzy?
Ten polityczny miesiąc miodowy wkrótce się jednak skończy. Za chwilę rozpocznie się długi rok wyborczy, w którym Nawrocki powinien oprzeć się pokusie prowadzenia kampanii na rzecz prawicy. Na tyle, na ile zdążyliśmy go poznać, można zakładać, że przyjdzie mu to z ogromnym trudem, o ile w ogóle spróbuje zachować pozory bezstronności.
Pozostaje pytanie, komu właściwie miałby pomagać. Po prawej stronie mamy dziś dwa PiS-y i dwie Konfederacje. Nawrocki wygrał dzięki głosom wyborców wszystkich tych środowisk, dlatego prawdopodobnie będzie próbował patronować każdemu po trochu, a zarazem ustawić się ponad nimi w roli naturalnego przywódcy całej prawicy.
Stawka jest ogromna, bo to do prezydenta należy pierwszy ruch przy powoływaniu przyszłego rządu. W politycznych kuluarach pojawiła się już pogłoska, że w razie zwycięstwa prawicy Nawrocki chciałby desygnować na premiera szefa swojej kancelarii Zbigniewa Boguckiego. Gdyby Bogucki rzeczywiście stanął na czele rządu zdolnego połączyć rozbitą prawicę, polityczne centrum nowego układu mogłoby się znaleźć nie przy Alejach Ujazdowskich, lecz w Pałacu Prezydenckim. Nawrocki uzyskałby wówczas wpływ na władzę wykonawczą, jakiego nie miał żaden z jego poprzedników w III Rzeczypospolitej.
Pytanie brzmi jednak, czy prezydent agitator spodoba się Polakom równie mocno jak obecny prezydent recenzent? Łatwo zdobywać popularność, stojąc ponad partyjnym chaosem, odsyłając rządowi kolejne ustawy i nie ponosząc odpowiedzialności za codzienne zarządzanie państwem. To mechanizm dobrze znany z europejskich monarchii konstytucyjnych. Królowie i królowe często cieszą się większą sympatią niż premierzy, ponieważ nie muszą podnosić podatków, ciąć wydatków ani brać na siebie ciężaru niepopularnych decyzji.
Nawrocki korzysta dziś z podobnego przywileju: ocenia, blokuje i krytykuje, ale nie odpowiada za skutki prowadzonej polityki. Znacznie trudniej będzie mu utrzymać popularność, kiedy sam zejdzie na boisko, włoży koszulkę jednej z drużyn i zacznie walczyć o wynik.