R E K L A M A
R E K L A M A

Pamięć o UPA. Zełenski wywołał wściekłość w Warszawie!

Prezydent Ukrainy nadał jednej z jednostek wojskowych imię „Bohaterów UPA”, tłumacząc to „przywracaniem historycznych tradycji narodowego wojska” oraz uhonorowaniem żołnierzy walczących o „integralność terytorialną i niepodległość Ukrainy”. W Warszawie ten gest odebrano jednak zupełnie inaczej – jako uderzenie w pamięć o ofiarach rzezi wołyńskiej i świadome zignorowanie polskiej wrażliwości historycznej.

Wołodymyr Zełenski, Donald Tusk /Źródło: YouTube

Najostrzej zareagował Karol Nawrocki. Nie zostawił na decyzji Zełenskiego suchej nitki. – Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu dla rosyjskiej propagandy swoją decyzją. Poszedł jeszcze dalej, podważając europejskie aspiracje Ukrainy: – Niestety, udowodnił, że Ukraina pod względem mentalnym gloryfikowania bandytów, morderców z Ukraińskiej Powstańczej Armii nie jest gotowa do tego, aby być częścią rodziny europejskiej. To jedna z najmocniejszych ocen, jakie padły w ostatnich latach pod adresem Kijowa. Nawrocki nie ograniczył się do słów – zaproponował, by odebrać Zełenskiemu Order Orła Białego, przyznany w 2023 roku przez Andrzeja Dudę. – Nie ma miejsca ani czasu na dyplomację – podsumował, jasno sygnalizując, że jego zdaniem granica została przekroczona. Równie krytyczny, choć bardziej wyważony, okazał się minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Przyznał wprost: – Jestem rozczarowany tym, że prezydent Zełenski nie uwzględnił naszej wrażliwości historycznej. Jednocześnie starał się tonować emocje i przypominać o szerszym kontekście. Sikorski wskazał też głównego beneficjenta całego zamieszania: – Na polsko-ukraińskiej kłótni o przeszłość zyska tylko Putin. Podobny ton przyjął Donald Tusk, choć również nie ukrywał krytyki. – Ta decyzja narusza naszą wrażliwość historyczną i niepotrzebnie wynosi na niepokojący poziom kwestie różnic interpretacyjnych – powiedział. Jednocześnie zaapelował o odpowiedzialność po obu stronach: – Jeśli pokłócimy się o przeszłość, ktoś inny wygra przyszłość. Prezydent Ukrainy powinien to wreszcie rozumieć. Polski też. Tusk wyraźnie zasugerował, że choć emocje są uzasadnione, to polityka nie może być ich zakładnikiem. Nie poparł też pomysłu odbierania Zełenskiemu odznaczenia, wskazując raczej na potrzebę „wzniesienia się ponad historyczne spory” i budowania – nawet trudnej – współpracy.

Reakcja Lecha Wałęsy była natychmiastowa i emocjonalna. Były prezydent nie owijał w bawełnę. Nazwał rzecz po imieniu: – Ubliżył mi i wszystkim pomordowanym naszym rodakom – napisał w mediach społecznościowych, po czym ogłosił, że zdejmuje przypinkę z flagą Ukrainy i odmawia wsparcia prezydentowi Ukrainy. Przypinka pojawiła się u niego tuż po rosyjskiej inwazji i towarzyszyła mu konsekwentnie przez lata. Teraz jej brak staje się równie wymowny jak wcześniej jej obecność. Gest Wałęsy pokazuje jedno: nawet najsilniejsze symbole solidarności mogą pęknąć, jeśli zostaną wystawione na próbę pamięci. A ta – zwłaszcza w Polsce – bywa bezkompromisowa. Problem polega na tym, że dla Ukrainy UPA to coś zupełnie innego niż dla Polski. W ukraińskiej narracji jest to symbol walki o niepodległość, oporu wobec Związku Radzieckiego i próba budowania własnej tożsamości narodowej. W polskiej pamięci – to przede wszystkim organizacja odpowiedzialna za ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Zełenski tłumaczy swoją decyzję „przywracaniem historycznych tradycji” i docenieniem żołnierzy walczących o integralność państwa. Można to zrozumieć w kontekście wojny i potrzeby budowania morale. Ale polityka historyczna nie dzieje się w próżni. Każdy taki gest ma odbiorcę – a w tym przypadku jest nim także Polska, która od początku rosyjskiej agresji wspiera Ukrainę niemal bezwarunkowo. Zdjęcie ukraińskiej flagi z piersi przez ikonę „Solidarności” to gest symboliczny, który mówi więcej niż setki dyplomatycznych komunikatów. To znak, że nawet największe polityczne sojusze mogą zostać zachwiane przez nierozliczoną historię. Polska ma prawo nazywać Wołyń ludobójstwem. Ukraina ma prawo budować własną narrację narodową. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna strona ignoruje wrażliwość drugiej.

Na odpowiedź Kijowa nie trzeba było długo czekać. Rzecznik ukraińskiego MSZ Heorhij Tychyj próbował tonować nastroje. – Decyzja ta nie była wymierzona w Polaków – zapewnił. Podkreślił, że dla ukraińskich żołnierzy UPA symbolizuje „wyłącznie sprzeciw wobec imperialnej polityki Moskwy” i walkę o niepodległość. Jednocześnie zaznaczył: – Nasza historia potwierdza, że na sporach między Ukraińcami a Polakami korzysta wyłącznie Moskwa. W innym fragmencie wypowiedzi przyznał jednak, że „nie można zapominać o tragicznych kartach historii, w tym zbrodniach popełnianych na ludności cywilnej, których dopuszczali się również żołnierze ukraińskich i polskich formacji podczas II wojny światowej”. To właśnie to zdanie może wywołać w Polsce największe oburzenie, bo stawia znak równości między sprawcami i ofiarami. Cała sprawa pokazuje, jak cienka jest granica między polityką historyczną a bieżącą geopolityką. Zełenski chciał odwołać się do symboliki walki o niepodległość i wzmocnić morale własnej armii. W Polsce jego decyzję odebrano jako próbę rehabilitacji formacji odpowiedzialnej za zbrodnie na ludności cywilnej. Efekt jest łatwy do przewidzenia – gwałtowne pogorszenie nastrojów i najpoważniejszy od miesięcy kryzys w relacjach Warszawy i Kijowa. Na razie wszystkie strony deklarują chęć dialogu, ale napięcie jest wyraźne i może mieć długofalowe konsekwencje. Bo choć politycy różnią się w tonie i propozycjach reakcji, jedno powtarzają zgodnie: każdy taki konflikt osłabia wspólny front wobec Rosji. A to oznacza, że w tle tego sporu – niezależnie od intencji – pojawia się jeden wyraźny beneficjent. Kreml.

2026-06-01

Zebrała (BG)