Twierdzą, że nie jest to eksperyment ani moda, lecz odpowiedź na rzeczywistość: – Nie widzimy mądrzejszego rozwiązania, które moglibyśmy wprowadzić tu i teraz. Wspólnota daje im przestrzeń, na jaką osobno nie mogliby sobie pozwolić. Gosia urządziła pracownię artystyczną, Michalina rozwija pasję do krawiectwa, Patryk i Kuba stworzyli domowe studio muzyczne. Kiedyś, w wynajmowanym mieszkaniu, musieli pomieścić je w szafie. Każde z nich wpłaca do wspólnego budżetu po 2500 zł miesięcznie. Z tych pieniędzy opłacane są rachunki, jedzenie, karma i leczenie zwierząt, materiały do pracy twórczej, wspólne przyjemności, również fundusz awaryjny na wypadek utraty pracy.
Takie zabezpieczenie przydało się już Gosi, która przechodzi trudny okres w życiu zawodowym. Wspólnota okazała się dla niej finansowym i emocjonalnym wsparciem. Powodów do szukania alternatywy wobec tradycyjnego najmu nie brakuje. We Wrocławiu za 8-metrowy pokój z podstawowym wyposażeniem trzeba zapłacić nawet 1800 zł miesięcznie. Dla młodych oznacza to wydawanie znacznej części pensji na sam dach nad głową.
W podobny sposób działa „Dom jak Fotel”, kolejna wrocławska community zamieszkana przez osiem osób. – Najcenniejszym zasobem na rynku mieszkaniowym są ludzie, którym można zaufać – mówi jedna z jej mieszkanek. Nowi lokatorzy są więc starannie wybierani, żeby pasowali do stylu bycia pozostałych. W domu obowiązują wspólnie ustalone zasady, regularne zebrania, weganizm i zero waste. Wszyscy spędzają razem czas, poznają sąsiadów, angażują się w sprawy lokalnej społeczności. Ale finanse prowadzą oddzielnie. Nikt nie traktuje takiego modelu jako celu na całe życie.
Większość marzy o własnym domu, który na razie pozostaje daleko poza ich zasięgiem. Wspólnoty mieszkaniowe nie są próbą odrzucenia tradycyjnego modelu ani powrotem do „komuny”, z czym sami mieszkańcy nie chcą być kojarzeni, lecz po prostu praktyczną odpowiedzią na ceny kredytów i najmu, brak stabilności i samotność.