Barbara Górecka zobaczyła kiedyś na kołdrze swej śpiącej córki nietoperza i wpadła w panikę. Prała potem tę kołdrę w różnych proszkach, żeby uniknąć zakażenia, bo nietoperze roznoszą choroby. Nikt już nie pamięta, jak to potem poszło, ale zaczęła czytać o nietoperzach, zaczęła je obserwować i pomyślała, że warto im pomagać. Mało kto wie, że spora grupa tych ssaków pada ofiarą srok i kotów. Leżą potem okaleczone pod drzewami i czekają na śmierć. Pani Barbara zaczęła je przygarniać. – Poszłam do naszego proboszcza, bo jest w parafii świetlica, i zapytałam, czy mogę tam leczyć nietoperze – opowiada. – Proboszcz się zgodził. To było 18 lat temu. Teraz i świetlica, i prywatny dom pani Barbary i pana Adama są pełne tych zwierząt. – Czasami uczymy je latać, bo rodzice nie zdążyli tego zrobić, a czasami przywracamy pamięć o lataniu, bo odniesione rany nie pozwalały im utrwalić tej umiejętności – mówi pani Barbara.
Na wyciągniętej w górę ręce do rękawiczki przyczepił się nietoperz. Córka pani Barbary cierpliwie czeka, aż maleństwo nabierze odwagi i, rozwijając skrzydła, poderwie się do lotu. Leczenie trwa zazwyczaj tydzień. – Po nabraniu sił i po nauce fruwania wypuszczamy je na wolność – mówi opiekunka. – To wzruszające chwile. Ale są też zwierzęta, które już nigdy nie polecą. Te pozostają z nami. Są wśród nich: Cecylia, Olesia i Daniela – ulubione nietoperze pani Barbary. Karmi je owadami, dżdżownicami i pozwala cieszyć się bezpieczną rzeczywistością. – Kiedy uczy je latać, zastanawiam się, kto pierwszy odleci: ona jako batman czy ja – żartuje mąż. Już zaakceptował pasję żony i awantur z tego tytułu w domu nie ma. – Jedna z samiczek przeleżała wiele dni na martwym ciele swej matki – opowiada pani Barbara. – Udało się ją odratować.