Z poglądem, że człowiek raczej nie potrafi śmiać się z samego siebie, długo zgadzało się wielu myślicieli. Nauka postanowiła jednak sprawdzić, czy rzeczywiście jesteśmy aż tak śmiertelnie poważni.
Europejscy badacze potajemnie nagrali twarze uczestników eksperymentu, a następnie pokazali im ich zniekształcone, krzywe odbicia. Co najmniej 80 proc. badanych uśmiechnęło się na swój widok, a 40 proc. wybuchnęło śmiechem. Człowiek zatem potrafi śmiać się z siebie. Nawet bez pomocy krzywego zwierciadła, choć z nim najwyraźniej idzie łatwiej. Według psychologów taka umiejętność może pomagać w radzeniu sobie z niepowodzeniami, poprawiać relacje i ułatwiać kontakty z nieznajomymi. Osoby, które obracają drobny błąd w żart, bywają postrzegane jako cieplejsze i bardziej kompetentne. Autoironia szczególnie dobrze działa tam, gdzie istnieje różnica pozycji: wykładowcy żartujący z własnych potknięć byli lepiej oceniani przez studentów. Nie każdy żart z własnego nosa, łysiny czy niezdarności jest jednak lekarstwem. Badania dzieci wykazały, że najgorzej radziły sobie te, które używały wyłącznie humoru autodestrukcyjnego. Jeżeli natomiast łączyły go z innymi rodzajami dowcipu, nie ponosiły podobnych kosztów społecznych. Problemem nie jest więc sama autoironia, lecz jej źródło. Żart wynikający z dystansu może wyzwalać, natomiast podszyty goryczą i niechęcią do siebie – ranić. Poczucie humoru można ćwiczyć.
W jednym z badań uczestnicy przez tydzień poświęcali wieczorem 10 minut na zapisanie trzech najzabawniejszych wydarzeń dnia. Jeszcze trzy miesiące później czuli się bardziej skłonni do zabawy, szczęśliwsi i mniej przygnębieni. Wniosek? Śmiać się z siebie warto, ale z umiarem. Najlepiej wtedy, gdy żart pozwala spojrzeć na własne słabości łagodniej, a nie użyć ich jako pałki do okładania samego siebie.