Doszła do tego niemal całkowita utrata wiarygodności Trybunału w Polsce i za granicą. Konia z rzędem Polakowi, który potrafiłby dziś wyjaśnić ten spór. Trzeba pamiętać, kto kogo wybrał, kiedy skończyła się jego kadencja i czy jego wyrok w ogóle powinien być traktowany jak wyrok.
Cała władza w przyimku
Obecny spór między Sejmem a prezydentem sprawia jednak, że prawnicze zagmatwanie – choć z perspektywy zwykłego obywatela powinienem chyba napisać: „pieprzenie” – wchodzi na zupełnie nowy poziom. Ale po kolei. 13 marca Sejm wybrał sześcioro nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Karol Nawrocki odebrał ślubowanie tylko od dwojga: Magdaleny Bentkowskiej i Dariusza Szostka. Pałac tłumaczył ten osobliwy podział tym, że dwa wakaty powstały już podczas prezydentury Nawrockiego, a ich obsadzenie pozwalało zarazem zebrać wymagany jedenastoosobowy pełny skład TK.
Konstytucja nie zna jednak zasady, zgodnie z którą prezydent odpowiada tylko za miejsca zwolnione podczas własnej kadencji. Logika Nawrockiego ociera się tu o absurd, bo w myśl takiego rozumowania czterech pozostałych sędziów mógłby zaprzysiąc wyłącznie Andrzej Duda, który prezydentem już nie jest. Miejsca powinny zatem pozostać nieobsadzone po wsze czasy.
Nawrocki przekonywał, że pozostała czwórka nie może zacząć pełnić obowiązków, ponieważ według ustawy sędzia TK składa ślubowanie „wobec” prezydenta, co ma oznaczać jego fizyczną obecność. Gdyby jednak jeden z sędziów spotkał Nawrockiego przypadkiem na prezydenckich dożynkach w Spale, stanął trzy metry od niego i nagle odczytał rotę ślubowania – byłoby to jeszcze „wobec” prezydenta czy już nie? Czy prezydent musi słuchać? Patrzeć? A może wystarczy, że znajduje się w tym samym pomieszczeniu?
Brzmi idiotycznie, ale właśnie do takich pytań prowadzi próba zbudowania poważnej konstrukcji ustrojowej na jednym przyimku. 9 kwietnia czterej pominięci sędziowie postanowili więc sprawdzić, czy ślubowanie „wobec” prezydenta można złożyć także za pośrednictwem mediów. W Sali Kolumnowej Sejmu zorganizowano alternatywną uroczystość, podczas której cała szóstka odczytała i podpisała rotę. Sejm ogłosił, że ślubowanie zostało złożone „wobec Prezydenta RP”. Prezydent, rzecz jasna, nie przyszedł.
Nawrocki postanowił więc zapytać Trybunał Konstytucyjny, kto ma rację. I tutaj sprawa robi się jeszcze bardziej komiczna, bo Trybunał ma rozstrzygnąć spór o to, kto właściwie jest sędzią… Trybunału. Okazuje się, że jest to dopuszczalne, choć z perspektywy Kowalskiego, któremu całe życie wpaja się, że nie można być sędzią we własnej sprawie, wygląda co najmniej dziwnie.
Umówmy się jednak: Nawrocki nie robi tego wyłącznie z umiłowania legalizmu. Obecny skład TK, z Bogdanem „Godzillą” Święczkowskim na czele, daje mu niemal pewność uznania sejmowego ślubowania za nieskuteczne.
O co chodzi w śledztwie
W tym miejscu do gry weszła Prokuratura Krajowa. Śledztwo wszczęto w kwietniu po wcześniejszym poleceniu prokuratora generalnego Waldemara Żurka oraz zawiadomieniu złożonym przez dwoje nowych sędziów TK – Magdalenę Bentkowską i Dariusza Szostka.
Postępowanie ma dwa wątki. Pierwszy dotyczy otoczenia prezydenta. Prokuratura bada, czy ktoś nie pomagał Nawrockiemu w niedopełnieniu obowiązku odebrania ślubowania od czterech sędziów. Chodzi o pomocnictwo do niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego.
Mówiąc po ludzku: prokuratura chce ustalić, kto powiedział Nawrockiemu, że może czwórki sędziów nie zaprzysięgać, na jakiej podstawie i czy jedynie przedstawił prezydentowi opinię prawną, czy świadomie pomagał mu w złamaniu prawa. To najtrudniejsza część sprawy, bo samo udzielenie nawet bardzo wygodnej opinii nie jest przecież przestępstwem. Pomocnictwo wymaga zamiaru ułatwienia czynu zabronionego. Ustalenie, czy mieliśmy do czynienia z rozmową prawników, politycznym, zamówieniem, czy złamaniem prawa, może się więc okazać niemożliwe.
Drugi wątek dotyczy samego Trybunału. Prokuratura bada, czy jego urzędnicy nie dopuścili się niedopełnienia obowiązków oraz naruszania praw pracowniczych czterech sędziów: nie przydzielając im spraw, nie zapewniając gabinetów ani wynagrodzenia i nie dopełniając formalności pozwalających rozpocząć orzekanie.
To ważny wątek, bo sędzia nie może pracować nigdzie poza Trybunałem i uczelnią. Czwórka wpada więc w pułapkę: jeśli uzna, że skutecznie objęła urząd i zrezygnuje z dotychczasowej pracy, może zostać zarówno bez niej, jak i bez pensji z TK. Jeśli będzie pracować dalej, przeciwnicy dostaną kolejny argument przeciwko niej. Krystian Markiewicz i Anna Korwin-Piotrowska wzięli to ryzyko na siebie: pierwszy zrzekł się urzędu sędziego, druga zwolniła stanowisko w sądzie. Oboje uznali więc w praktyce, że są już sędziami TK, choć sam Trybunał nadal nie chce ich za takich uznać.
A gdzie w tym wszystkim jest Nawrocki? Na razie po stronie świadków. Prezydent jest w rozumieniu Kodeksu karnego funkcjonariuszem publicznym, ale do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu może zostać pociągnięty. Prokuratura chce więc przede wszystkim odtworzyć proces decyzyjny: kto z Nawrockim rozmawiał, kto przygotowywał opinie i kto przekonywał go, że czterech ślubowań przyjmować nie musi.
I tutaj prezydent zrobił rzecz bardzo wygodną dla swoich współpracowników. Zapowiedział, że podczas przesłuchania powie prokuratorom, iż wszystkie decyzje podejmował osobiście.
Gra w Berka
Politycznie Koalicja Obywatelska może ugrać na tej sprawie przede wszystkim obrazki Karola Nawrockiego tłumaczącego się przed prokuratorem. Na wiele więcej liczyć nie może. Postawienie prezydenta przed Trybunałem Stanu jest kompletną mrzonką. Potrzeba do tego większości dwóch trzecich ustawowej liczby członków Zgromadzenia Narodowego. Nie ma jej ani w obecnym parlamencie, ani – o ile nie wydarzy się polityczne trzęsienie ziemi – nie będzie w przyszłym.
Do wygrania jest zresztą niewiele. PiS nie stracił władzy w 2023 roku dlatego, że wyborcy masowo przejęli się składem KRS. Zadziałały sprawy bardziej przyziemne: zużycie władzy, inflacja, konflikty we własnym obozie, konkurencja Konfederacji i mobilizacja ludzi, którzy wcześniej na wybory nie chodzili.
A może w tej sprawie nie chodzi o wygranie przyszłorocznych wyborów, a korzyść z przesłuchania głowy państwa ma być bardziej doraźna? „Zbieg okoliczności” sprawił, że o wezwaniu Nawrockiego przed oblicze prokuratury dowiedzieliśmy się dokładnie wtedy, gdy Sejm wybierał do TK Macieja Berka – jeszcze niedawno ministra i prawą rękę Donalda Tuska. Kandydaturę krytykowano nawet po liberalnej stronie sceny politycznej, bo trudno przez lata oskarżać PiS o upolitycznianie Trybunału, a potem wysyłać do niego jednego z najbliższych ludzi premiera.
Wysłanie Berka do TK tylko potwierdza, że wojna o Trybunał będzie trwała tak długo, jak długo potrwa III Rzeczpospolita. Nie skończy się nawet wtedy, gdy PiS i Platformę zastąpią zupełnie nowe partie oraz nowi liderzy, na których zagłosują nowe pokolenia wyborców. Homo politicus może wynaleźć szczepionkę na raka, polecieć na Marsa i skolonizować pół Układu Słonecznego, ale choćby za tysiąc lat nie zrezygnuje z pokusy sięgnięcia po jeszcze jeden kawałek władzy.