Nawrocki wygrał z przewagą 370 tysięcy głosów; głosowało nań 10 milionów 606 tysięcy, na Trzaskowskiego jakieś 10 milionów 240 tysięcy. Wygrana wyraźna, ale tylko ktoś niemądry uznałby, że druga połowa wyborców to mniejszość bez znaczenia. Nawrocki tak uznał.
Wyliczanie sukcesów i błędów, jakie młody prezydent osiągnął i popełnił, to zadanie dla detalistów. Sam byłem przekonany, że debiutant w Pałacu wejdzie szybko w rolę prezydenta, co wyraził Donald Tusk w słowach: wybory wygrać każdy może, ale trzeba teraz nauczyć się być prezydentem. Uważam, że Nawrockiemu nie wyszło to specjalnie, może dlatego, że swą rolę pojmuje inaczej. Chce być przywódcą politycznym i im wrzaskliwiej deklamuje, co znaczy dlań naród (czyli my? Ja też? – choć głosowałem na Trzaskowskiego?), odnosi się wrażenie, że odmiennie rozumiemy pojęcie narodu. Bo Nawrocki uważa, że narodem jest on i jego wyborcy. I w tym się utwierdza. „Mam obowiązek narzucać wolę narodu tym, którzy nie czują się wobec Polek i Polaków szczególnie zobowiązani” – zdeklarował mętnie, a wzdragam się pomyśleć, że trącił Nawrocki struny najhaniebniejszego nacjonalizmu, który odbiera prawa każdemu, kto myśli inaczej niż Nawrocki. Budzi też niezamierzony komizm ten „niezbyt lotny osiłek”, jak ocenił go Mentzen, konkurent z kampanii prezydenckiej, wołając: „Mówię głosem Polek i Polaków!”. Moim też? Bo nie sądzę…
Subskrybuj