Wiele instytucji i wynalazków, bez których dziś nie wyobrażamy sobie nowoczesnej gospodarki, powstało dlatego, że ktoś chciał skuteczniej prowadzić wojny. Przemoc była jednym z głównych motorów bogactwa. Ciekawie brzmi historia wikingów. Ich bogactwo nie pochodziło wyłącznie z rabunków, lecz także z tzw. danegeld – haraczu za „święty spokój” pobieranego od europejskich władców. Zaskakujące, że duża część tej daniny wracała do Europy, bo wikingowie kupowali towary i usługi tam, gdzie wcześniej grozili najazdami. Większy przepływ pieniędzy pobudzał handel i produkcję.
Wojna, choć niszczycielska, bywała impulsem gospodarczym. Widać to wyraźnie w przypadku inwazji Mongołów. Czyngis-chan podbijał kolejne ziemie, jednocześnie tworząc ogromną strefę handlu i bezpieczeństwa. Kupcy podróżowali szlakami chronionymi przez mongolskie patrole, towary i wiedza przepływały między Azją i Europą szybciej niż kiedykolwiek. Mongołowie rozumieli, że bogaty poddany jest zdolny płacić większe podatki. Rezygnowali z poboru danin po klęskach głodu czy katastrofach naturalnych, aby nie zarżnąć kur znoszących złote jajka.
Wojny przyczyniły się też do rozwoju demokracji. W wiekach XVI i XVII konflikty stawały się coraz droższe. Królowie potrzebowali gotówki, więc musieli pożyczać ją od bankierów. A ci oczekiwali gwarancji spłaty, czyli sprawnego systemu podatkowego kontrolowanego przez parlament. W ten sposób rosła rola przedstawicieli społeczeństwa. Wielka Brytania stała się potęgą nie tylko dzięki swojej flocie. Ona stworzyła również nowoczesne finanse publiczne, Bank Anglii oraz system długu państwowego.
Jednak od XIX wieku działania zbrojne coraz rzadziej się opłacały. Rozwój techniki i przemysłu wojskowego sprawił, że niszczono całe gospodarki – fabryki, drogi, mieszkania, pokolenia pracowników. Kiedyś po wojnie wiele miast pozostawało nienaruszonych. Dziś wystarczy porównać starożytny Rzym, który mimo licznych konfliktów zachował zabytki, z Warszawą zrujnowaną przez hitlerowców.