R E K L A M A
R E K L A M A

Listy do redakcji Angory (01.03.2026)

Listy nadesłane przez czytelników tygodnika Angora. Za wszystkie wiadomości dziękujemy i zachęcamy do dalszego kontaktu.

Fot. Domena publiczna

„Przedświąteczne zakupy” 

Apel o rozwagę 

Piszę po przeczytaniu listu Pana Władysława Górnego pt. „Przedświąteczne zakupy” (ANGORA nr 5). Gdzie podziały się dobre mięsa i warzywa? Tam, gdzie zawsze były. W sklepach z mięsem i w warzywniakach. Tak, one nadal istnieją!

Ponieważ jednak głosuje się codziennymi wyborami, a nie iksem raz na cztery lata, to jeśli dalej obywatele będą oddawali głos na korporacje, niedługo będziemy skazani na wodę z dodatkiem szynki. Można burzyć się, że nie każdego stać na „drogie mięso”. Tak, ono kosztuje – bo nie jest wodą. Jednak kupowanie „tanio”, to okradanie siebie samego w przyszłości za chwilę iluzji życia ponad stan. Pan płaci mniej tutaj, a ktoś inny płaci mniej za Pana pracę. I koło się zamyka. Tylko strumyk pieniędzy odpływa do „klasy organizatorskiej”. Apeluję o rozwagę przy zakupach. Z mięsem i warzywami mamy jeszcze wybór.

Wiele branż miało mniej szczęścia, zniszczone społeczną biernością i pogonią za tanizną. Ludzie wmawiają sobie, że zostało to narzucone, ale to nieprawda. To była wieloletnia agonia uczciwych, dobrych producentów i usługodawców, powolnie dobijanych wyborami społeczeństwa. MARCIN ANDRZEJEWSKI

„Kłopotliwy migdałek małych pacjentów” 

Migdałki po amerykańsku 

Z dużą dozą nonszalancji pan dr n. med. J. Andrzejewski w wywiadzie pt. „Kłopotliwy migdałek małych pacjentów” (ANGORA nr 6) przyznaje, że bez szukania innych metod leczenia rutynowo kieruje się małych pacjentów na zabieg usunięcia trzeciego migdałka. Jednocześnie bez żenady potwierdza, że jest to sposób na nabijanie kasy szpitalom i prywatnym klinikom, bo połowa tych zabiegów jest zbędna.

Żeby było jasne: na te niepotrzebne zabiegi nie kierują znachorzy czy babki szeptuchy, tylko – o dziwo! – lekarze! Specjaliści laryngologii dziecięcej! Na szczęście dzięki nadmiernym skierowaniom kolejki na NFZ są na tyle długie, że co drugiemu pacjencikowi, zanim zostanie poddany stresującemu zabiegowi, migdałek zdąży zaniknąć. Większego pecha mają ci, którym przejęci diagnozą bogatsi rodzice opłacą szybszy zabieg w prywatnej klinice.

Najgorzej tym, którzy tego zabiegu naprawdę potrzebują. Oni muszą czekać. Dorośli nie mają lepiej, bo oprócz trzeciego migdałka natura dała nam jeszcze dwa inne, których nam w dzieciństwie nie wyrwali. Ale i tym „zdolny” laryngolog da radę! Sześć lat temu przy okazji badania laryngologicznego (na NFZ) z powodu szumów usznych pani laryngolog stwierdziła, że migdałki należałoby usunąć. Faktycznie, od czasu do czasu „czułam, że je mam”, niekiedy wychodziły z nich takie małe białe „czopy”. Zasugerowałam przeleczenie antybiotykiem, co odrzuciła, bo „to nic nie da”. Dwa lata temu dołączyły okresowo nasilające się bóle, mrowienia lewej strony twarzy, nieprzyjemne zgrzyty. Nie ruszając się z fotela, bez zbadania mnie, laryngolog stwierdziła: Bo pani ma ropne migdałki (wiedza sprzed 4 lat) i zleciła tonsilektomię. Zastosowałam antybiotyk. Po przeleczeniu laryngolog (gabinet prywatny) zbadał mnie dokładnie, a potem przytrzymał żuchwę, kazał kilkakrotnie otworzyć i zamknąć usta, i nastąpiło cudowne uzdrowienie!

Przyczyną dolegliwości było przemieszczenie krążka stawu skroniowo-żuchwowego. A migdałki – w porządku. Symetryczne, niepowiększone, bez zmian ropnych, bez potrzeby usuwania. Niedawno poprosiłam lekarkę rodzinną o ocenę migdałków. Nadal są w bardzo dobrym stanie. Kuracja antybiotykowa okazała się skuteczna. Zabieg ustawienia żuchwy również. Od dwóch lat żadnych dolegliwości. Z kolejnej wizyty na NFZ zrezygnowałam. A teraz koszty NFZ (według danych z IKP): – sześć wizyt w poradni – rozliczanych jako świadczenie specjalistyczne III typu, w tym: porada lekarska, konsultacja (kogo z kim?), asysta (której nie było) i subiektywna audiometria (wykonana przed wizytą w Audice) – łącznie 582,89 zł – ewentualny koszt niepotrzebnego zabiegu. Moje koszty: – przewlekły stan zapalny migdałków, który można było zlikwidować antybiotykiem – wizyta prywatna – 300 zł – potencjalnie – powikłania po zabiegu, większa podatność na zakażenia. Bo, jak słusznie mówi pan doktor: „Migdałki są odpowiedzialne za recyrkulację limfocytów […] w celu zwalczania patogenów”. A problem z żuchwą i tak by pozostał… I tak dobrze, bo przecież mogły to być objawy jakiejś poważniejszej choroby. Czy ktoś jeszcze nie rozumie, na co idą nasze składki zdrowotne? Chyba tylko NFZ. PACJENTKA 70+

Ryczące Brednie Nawrockiego, czyli RBN

Ostatnie posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego miało być – jak zwykle w zapowiedziach – historyczne, przełomowe i „w obliczu bezprecedensowych wyzwań”. Skończyło się jak zawsze: wodą, kawą w porcelanie, minami pełnymi powagi i komunikatem, z którego wynikało dokładnie tyle, ile z instrukcji obsługi parasola w słoneczny dzień. Całość przypominała zresztą prezentację bokserów przed walką: światła, napięcie, napompowane muskuły i obowiązkowe groźne miny do kamer. Tyle że w naszej wersji jeden zawodnik wyszedł na środek ringu, krzyczał do mikrofonu, przekonując wszystkich o swojej sile, a drugi stał spokojnie w narożniku i czekał, aż tamten skończy tyradę. 

Jeśli ktoś woli metafory bardziej przyziemne, to RBN wyglądało jak spotkanie dwóch psów pod płotem. Ten mniejszy ujadał głośno, stroszył sierść i kręcił się w miejscu, jakby zaraz miał rzucić się do ataku. Ten duży patrzył na niego z wyraźnym politowaniem, jakby zastanawiał się, czy w ogóle warto się odezwać do takiego ujadania. W roli głównej wystąpił Karol Nawrocki, który najwyraźniej uznał, że skoro w nazwie instytucji jest „bezpieczeństwo”, to trzeba mówić donośnie. A skoro „narodowe”, to najlepiej w tonie, jakby zaraz miał wydać rozkaz wymarszu. Problem w tym, że poza podniesionym głosem i starannie dobraną mimiką nie wydarzyło się nic, co choćby ocierało się o realną sprawczość. Ryknąć – owszem. Zadziałać – nie sposób. RBN od lat przypomina coraz bardziej groteskowy teatr.

Politycy siadają naprzeciw siebie, wygłaszają kwestie, które już wcześniej wybrzmiały w telewizyjnych studiach, po czym rozchodzą się do swoich obozów, by ogłosić sukces. Tym razem scenariusz był równie przewidywalny. Nawrocki próbował nadać spotkaniu aurę dziejowej wagi, jakby od jego słów zależał kształt geopolityki w promieniu tysiąca kilometrów. W praktyce zależało najwyżej to, kiedy skończy mu się napisany wcześ niej tekst. Donald Tusk – weteran takich spektakli – zdawał się patrzeć na całe przedstawienie z chłodnym dystansem. 

Trudno było nie odnieść wrażenia, że traktuje RBN jak obowiązkowy przystanek w drodze do realnych decyzji, które i tak zapadają gdzie indziej. Jego powściągliwość mówiła więcej niż najgłośniejsze deklaracje. Czasem jedno uniesione spojrzenie znaczy więcej niż trzy akapity patriotycznej emfazy. Największym problemem „Ryczących Bredni Nawrockiego” nie jest nawet sam ton. W polityce bywa on różny – od szeptu po grzmot. Problem w tym, że za rykiem i tym razem nie poszła żadna treść, która wykraczałaby poza ogólniki. Bezpieczeństwo trzeba wzmacniać, zagrożenia analizować, jedność budować – brzmi pięknie, ale słyszeliśmy to już wykrzyczane setki razy. Państwo nie staje się bezpieczniejsze od samego wykrzykiwania słowa „bezpieczeństwo”. 

Wydaje mi się wręcz odwrotnie, że kwestie bezpieczeństwa rozstrzygane są w ciszy. Ludzie prześcigają się w sieci w rozwijaniu skrótu RBN. Na swój użytek nazwałam RBN Ryczącymi Bredniami Nawrockiego, choć korci mnie, by dodać jeszcze z przodu „P”, od „posiedzenie”, ale wtedy moja wersja rozwinięcia skrótu PRBN byłaby zdecydowanie niecenzuralna. ELA

Lekarzu, nie zarabiaj. Senior patrzy

Co jakiś czas ktoś wpada na pomysł, by w imię dobra publicznego wskazać winnego wszelkich bolączek świata. Tym razem padło na lekarzy. Jedna z organizacji wraz ze swoim magazynem ogłosiła akcję pod hasłem: „Lekarze, nie wyzyskujcie seniorów” oraz – w tonie niemal duszpasterskiego napomnienia: „Nie musicie aż tyle zarabiać”. Brzmi to trochę jak apel do chmur, by nie padało w weekend, albo do grawitacji, by była mniej dotkliwa dla kolan po siedemdziesiątce. 

Zacznijmy od rzeczy najprostszej: konfliktowanie seniorów z lekarzami z pewnością seniorom nie służy. Osoba starsza, często schorowana, zależna od systemu ochrony zdrowia, potrzebuje zaufania do swojego lekarza jak powietrza. Potrzebuje poczucia, że po drugiej stronie biurka siedzi ktoś, kto chce pomóc, a nie ktoś, kogo należy podejrzewać o moralną lichwę przy każdym wypisanym skierowaniu. Jeśli będziemy seniorom powtarzać, że lekarz „za dużo zarabia”, to w którymś momencie wślizgnie się do gabinetu myśl: „Czy on mnie leczy, czy liczy?”. To nie jest klimat sprzyjający terapii. To jest klimat sprzyjający podejrzliwości, a podejrzliwość leczy się znacznie trudniej niż nadciśnienie. 

Po drugie – skoro już jesteśmy przy społecznych apelach – może warto rozszerzyć repertuar? „Hydraulicy, nie wyzyskujcie seniorów”. „Mechanicy samochodowi, nie musicie aż tyle zarabiać”. „Fryzjerzy, no bez przesady z tym cennikiem”. Każdy, kto wzywał fachowca do cieknącego kranu albo słyszał wycenę naprawy samochodu, wie, że stawki godzinowe potrafią przyprawić o zawrót głowy. Bywa, że wyższe niż u lekarza specjalisty – a przy okazji paragon jest zjawiskiem równie rzadkim jak jednorożec. Oczywiście nie chodzi o to, by teraz wszczynać krucjatę przeciwko hydraulikom. Chodzi o elementarną konsekwencję. Jeśli moralizujemy o zarobkach jednej grupy zawodowej, to miejmy odwagę spojrzeć szerzej. Albo – co byłoby dojrzalsze – przestańmy urządzać publiczne połajanki. 

Po trzecie wreszcie – lekarz to nie jest zawód z weekendowego kursu „zrób to sam”. To lata studiów, staży, specjalizacji, dyżurów po 24 godziny, egzaminów, odpowiedzialności za czyjeś zdrowie i życie. To decyzje podejmowane pod presją czasu i ryzyka. To odpowiedzialność nie tylko moralna, ale i prawna, finansowa. Jedno błędne rozpoznanie może kosztować karierę, majątek, a przede wszystkim – czyjeś zdrowie. Jeśli ktoś uważa, że taka odpowiedzialność powinna być wyceniana jak wymiana uszczelki, to proponuję, by przy następnym zawale serca zadzwonił po hydraulika. Zobaczymy, jak długo będziemy debatować o „zbyt wysokich stawkach”. Owszem, system ochrony zdrowia jest drogi.

Prywatne wizyty są dla wielu seniorów obciążeniem. Ale czy naprawdę winowajcą jest ten, kto przez dekadę się kształcił i teraz oferuje swoją wiedzę? A może problem leży gdzie indziej – w niewydolności systemu, w kolejkach, w finansowaniu, w polityce lekowej państwa? Skoro już organizujemy akcje, to może skierujmy je tam, gdzie marże są grube jak tomy farmakopei. Może zaapelujmy do koncernów farmaceutycznych, by obniżyły ceny leków. Może zapytajmy, dlaczego senior płaci tyle za preparat, którego wyprodukowanie kosztuje ułamek ceny detalicznej. To byłaby akcja z prawdziwym rozmachem – i z realnym efektem dla portfeli emerytów.

Łatwo jest stworzyć hasło. Trudniej zmierzyć się z rzeczywistością. „Nie musicie aż tyle zarabiać” brzmi chwytliwie, ale jest też podszyte przekonaniem, że czyjaś praca, czyjaś wiedza i czyjaś odpowiedzialność są czymś w rodzaju fanaberii, z której można zrezygnować w imię lepszego samopoczucia opinii publicznej. A może zamiast napominać lekarzy, warto zapytać, dlaczego jako społeczeństwo nie potrafimy zbudować systemu, w którym senior nie musi wybierać między wizytą a rachunkiem za prąd? Bo prawdziwym wyzyskiem nie jest uczciwie wyceniona praca specjalisty. Prawdziwym wyzyskiem jest karmienie ludzi złudzeniem, że ich problemy rozwiąże publiczne wskazanie kozła ofiarnego. Seniorzy zasługują na coś więcej niż hasło. Lekarze – na coś więcej niż moralny palec. A my wszyscy – na debatę poważniejszą niż gazetowy slogan. NARCYZ WASZKIEWICZ

A emerytom i tak wiatr w oczy…

Jestem emerytowanym pracownikiem ZUS-u, do napisania tego listu skłoniły mnie liczne artykuły o emeryturach i składkach, również publikowane w ANGORZE. Na początek pragnę wyjaśnić, że ZUS nie jest tak wszechmocny i wszechpotężny, jak to się na ogół wydaje. Ponadto chcę zmodyfikować powszechną opinię o „uzdrowicielach” z ZUS. Błędne decyzje w masie orzeczeń zawsze mogą się zdarzyć, ale ZUS nie sprawdza, czy np. komuś „odrosła noga”. Ocenia zdolność do pracy. Tylko tyle i aż tyle. Jeżeli komuś coś się przytrafi, to ocenia się, czy nadal może zarobkować w ten albo inny sposób. Utrata nogi niekoniecznie musi powodować utratę zdolności do zarobkowania, a jedynie skutkować powstaniem pewnych ograniczeń. 

Można być niepełnosprawnym i jednocześnie zdolnym do pracy. I nie zachodzi tu jakakolwiek sprzeczność. Ogólnie rzecz biorąc, ZUS działa w oparciu o przepisy wynikające z ustawy i rozporządzeń właściwego ministra (…). Od kilkudziesięciu lat obserwuję osobliwą politykę emerytalną naszego państwa, przy czym jest ona identyczna dla wszelkich możliwych ugrupowań. Reklamy w środkach masowego przekazu namawiają nas na inwestowanie w DODATKOWE instrumenty finansowe z uwagi na prognozowaną coraz niższą emeryturę w coraz młodszych rocznikach.

Nijak się do tego mają gigantyczne wydatki państwa, związane z niekoniecznie trafionymi inwestycjami lub wynikającymi z marnotrawstwa ludzi bez kwalifikacji i wyobraźni, za to mocno usadowionych na decyzyjnych stanowiskach (…). Składki na ZUS rosną, ale emerytury konsekwentnie szybują w dół i państwo nasze stara się naród utwierdzić w przekonaniu, że tak musi być. A może wcale nie musi? Bo Fundusz Kościelny działa jak należy – składki opłacane z budżetu państwa rosną i beneficjenci nie cierpią. Dlaczego NFZ nie ma pieniędzy? Bo jest mnóstwo zwolnień ze składek, np. osoby duchowne, rolnicy, sędziowie… Jest cała masa ubezpieczonych, którzy nie płacą składek, bo ubezpiecza ich żona, mąż, rodzice.

Pomijam tu, oczywiście, uczącą się i studiującą młodzież. Może być np. sytuacja, gdzie jest czterech klientów do opieki zdrowotnej, ale w ramach tylko jednej składki. I nie można mówić, że nie płacą, bo nie mają z czego. Najczęściej są zasilani z różnego rodzaju świadczeń opiekuńczych. Spójrzmy na przedsiębiorców. PiS stworzył Polski Ład, w którym znalazło się obciążenie niepodlegające odliczeniu od podatku (chodzi o składkę zdrowotną). Jak to działa? Jeżeli przedsiębiorca pracuje na etacie i dodatkowo prowadzi drobną działalność gospodarczą, np. jako taksówkarz, to płaci dodatkowo 9 proc. składki zdrowotnej od dochodu. I, oczywiście, podatek. Jeżeli jednak zachoruje i nie pracuje, to nie zapłaci podatku dochodowego (bo nic nie zarobił), ale i tak musi zapłacić 314,96 zł minimalnej składki zdrowotnej (mimo że nic nie zarobił).

Może zawiesić swą działalność w CEIDG i wtedy jest zwolniony z tej opłaty. Ale w tym czasie nie może pracować! Ale gdyby chciał otrzymać „chorobowe”, musi dodatkowo zapłacić składkę społeczną! A jeżeli będzie miał jeszcze inną działalność, różną od tej już prowadzonej, to też zapłaci jeszcze jedną składkę zdrowotną. Ale jak trafi do szpitala, to nie dostanie 2 łóżek i 2 śniadań… Czyli, w takim przypadku, istnieje obowiązek płacenia bez jakichkolwiek korzyści z tego wynikających. Bo, pracując na etacie, płaci składkę zdrowotną, a wykonując jednocześnie działalność gospodarczą – płaci po raz drugi. Szykuje się podwyżka składki zdrowotnej i dodatkowy podatek zdrowotny. Mamy podatek cukrowy, a słychać już o podatku tłuszczowym. Są ludzie, którzy programowo nie używają cukru, to może trzeba wprowadzić podatek za jego nieużywanie? W ten sposób nie zapełni się dziury finansowej, ale zniszczy coraz więcej „podmiotów”. Budżet państwa puchnie, ale i tak drenowany jest ponad wszelką miarę. Tylko emeryci pracujący przez całe życie i odprowadzający składki mają (relatywnie) coraz mniej pieniędzy. 

Uważam, że wszelkie zobowiązania państwa dotyczące emerytury i opieki zdrowotnej powinny być finansowane z budżetu państwa zasilanego naszymi podatkami. Tylko że ten budżet musi być „z głową”. Ale, jak wskazuje moja kilkudziesięcioletnia obserwacja, każde ugrupowanie mające akurat władzę, po jej pierwszorazowym lub ponownym zdobyciu dostaje „małpiego rozumu” i publicznymi pieniędzmi szasta na prawo i lewo, lekceważąc priorytetowe potrzeby społeczne. Podatki powinny być sprawne, jednoznaczne i przejrzyste na zasadzie – im więcej zarabiam, tym więcej płacę. Po prostu. I jeżeli ktoś chce (może) zapłacić za jakieś dodatkowe ubezpieczenia, to czemu nie. Ale podstawa powinna pozwalać na godziwe życie. Tylko tyle i aż tyle. Pozdrawiam, EMERYT

Zapomniani przodkowie

Wśród współczesnych Polaków, niezależnie od dzisiejszego miejsca zamieszkania i zawodu, niemal 85 proc. ma korzenie wywodzące się z rodzin chłopów pańszczyźnianych, którzy faktycznie byli polskimi niewolnikami tamtych czasów! W Polsce feudalizm pańszczyźniany miał formę wyjątkowego zwyrodnienia, w którym chłop pańszczyźniany i członkowie jego rodziny byli uważani za część inwentarza, różniący się od bydła w majątku pana tym, że umieli mówić, lecz ich status był równy bydlęciu. Opis tego zwyrodnienia panów mamy w relacjach osób podróżujących po Polsce oraz bardziej wrażliwej części ówczesnych polskich elit. 

W wielu krajach niewolnictwo i pańszczyzna są formami wstydliwej pamięci, a potomkowie walczą o godne upamiętnienie krzywdy ich przodków i zadośćuczynienie. ONZ ustanowił Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Niewolnictwa. W Holandii i innych krajach są też dwa dni upamiętniające hańbę tamtych czasów. Uważam, że IPN, PSL oraz Lewica powinny wystąpić z inicjatywą, by w Polsce ustanowić Dzień Pamięci Polskich Chłopów Pańszczyźnianych, którzy przez kilkaset lat byli niewolnikami w majątkach szlachty i Kościoła. IPN w ogóle nie zajmuje się tematem losu polskich niewolników i dokumentowaniem ich krzywdy.

Bardzo liczny i bardzo dobrze wyposażony personel IPN-u zajmuje się tylko epokową krzywdą jaśniepanów. PSL jakby pomijało decyzję likwidacji pańszczyzny i nie uważa jej za coś szczególnie wartościowego dla przodków obecnych rolników, bo sprowadziły ją władze zaborcze okupujące ówczesną Polskę. Zaborcy ziem polskich znosili pańszczyznę w różnych terminach i dlatego należy wypracować pewną historyczną datę dla Polski eksponującą ideę, a nie konkretną datę kojarzoną z zaborcą. IPN się wstydzi tego tematu. Nie wiadomo, czy podobnie myślą działacze PSL-u i Lewicy. ZBIGNIEW JAWORSKI 

2026-02-23

Angora


Wiadomości
Dokąd zmierzasz, Europo? Trzy pytania do KAROLINY BOROŃSKIEJ-HRYNIEWIECKIEJ
Leszek Turkiewicz
Weto, ciągle weto. Nawrocki pogłębia chaos prawny
Tomasz Barański
Subiektywny ALFABET OLIMPIJSKI Tomasza Zimocha, czyli… Igrzyska bez pudru
Tomasz Zimoch
Pierwszy szczyt Rady Pokoju. Polityka czy treality show?
EW) Na podst.: Reuters, CNN
Społeczeństwo
Polska bomba atomowa. Tajemnice PRL i współczesne zagrożenia nuklearne
Krzysztof Różycki
Powroty zamiast wyjazdów. Pozostanie za granicą się nie opłaca
(KGB) na podst. Radio Zet
Weterynaria pod ostrzałem! Ten zawód niesie za sobą duże ryzyko
E.W. na podst. Tygodnika „Przegląd”
Rzymianin to stan umysłu. „Populus. Jak żyli i umierali starożytni Rzymianie”
Henryk Martenka
Świat/Peryskop
Cios w autorytet. Lawina skandali na królewskim dworze
(ANS) Na podst.: repubblica.it, huffingtonpost.it, oggi.it, lastampa.it
Setki ofiar koltanu w Kongu. Surowiec naszych telefonów kosztuje życie
ANS na podst.: rainews.it, ansa.it, sky.it, ilfattoquotidiano.it, ilmessaggero.it, unimondo.org
Hymny narodów świata: Vermont
Henryk Martenka
Zgliszcza i złoto. Powrót Zwingera do dawnej świetności
Patryk K. Urbaniak
Lifestyle/Zdrowie
Toksyczne mleko dla najmłodszych. Winna cereluidyna
(MS) Na podst.: Le Figaro, Le Monde, BMFTV
Sezon życia. Nerazzurri ubóstwiają Zielińskiego!
Maciej Woldan
W Sydney bez smartfona. Ed Sheeran nie dopuścił się plagiatu
Grzegorz Walenda
Ból, podrażnienia i dyskomfort – kobiety o intymnych problemach
A.M.
Seniorzy i aktywność fizyczna. Nigdy nie jest za późno na sport
Andrzej Marciniak
Angorka - nie tylko dla dzieci...