– To jest fenomen, a jednak zdarzało się, że podczas walk bokserskich, zapaśniczych etc. Niemcy obrywali od więźniów. Pracujący w Auschwitz esesmani, których przez obóz przewinęło się ponad 8000, zwyczajnie się nudzili. Dlatego poszukiwali wszelkiej możliwej rozrywki, a taką właśnie były walki z więźniami.
– Nie mieli żadnych rozrywek?
– Mieli, ale najwyraźniej nie tyle, ile by chcieli. Odpoczywali, romansowali i imprezowali w pobliskich barach, w specjalnie dla nich wybudowanej willi Solahütte (którą, o ironio, m.in. budował „Teddy”), polowali, obserwowali ptaki – komendant nawet specjalnie dla nich wydał przewodnik do ich oznaczania. Jeździli do teatrów, na koncerty, urządzali zawody sportowe etc. Jednak dzień powszedni był monotonny. Kilkugodzinne obserwowanie więźniów było dla niektórych strażników na tyle nużące, że zdarzało się, że zasypiali na posterunkach. Stąd pomysł na „zabawienie” się więźniami, czyli testowanie ich sprawności w spontanicznie organizowanych walkach z niemieckimi siłaczami, sportowcami, generalnie silnymi przeciwnikami.
– Śliska sprawa. Bić Niemca po twarzy, gdy ten pilnuje nas dzień w dzień w obozie…
– A z drugiej strony, czy można się było sprzeciwić? Jeśli chodzi o Tadeusza Pietrzykowskiego, przypadek zdecydował o tym, że stanął na obozowym ringu. Pewnego dnia podszedł do niego więzień z pytaniem, czy to prawda, że boksował przed wojną, i czy nie chciałby spróbować sił w walce, bo właśnie Niemcy szukają sparingpartnera dla kapo Waltera Düninga. Dobrze zbudowanego, ponad 70-kilogramowego, jak głosiła plotka, niemieckiego mistrza wagi półciężkiej. Wycieńczony „Teddy” ważył niecałe 50 kilogramów, jednak uznał, że to może być jedyna szansa na polepszenie jego losu.
Subskrybuj