Stworzone przez niego Asseco ma miliardowe przychody, dziesiątki tysięcy pracowników i jest jednym z największych producentów oprogramowania w Europie. Góral opowiada o tym sukcesie bez pozy przedsiębiorcy, który wszystko przewidział: – To nie zostało zaplanowane. To nawet nie było marzenie. Wydawało się, że zostanie na uczelni. Po doktoracie przygotowywał się do habilitacji, lubił pracę naukową i wiedział, że zrobiłby tam karierę.
Przeważyła jednak potrzeba niezależności. Góral nie budował firmy z chłodnej kalkulacji, lecz z ambicji, by udowodnić światu, że my, Polacy, mieliśmy strasznego pecha, że żyliśmy w takim systemie, ale nie traciliśmy czasu i możemy w wysokich technologiach znaleźć znaczące miejsce. Lecz zanim zaczął tworzyć oprogramowanie, zajął się produkcją ketchupu. – Ten keczup pomógł mi zrozumieć, czym jest firma. Poza tym to był świetny keczup. Informatyka przyszła później. Zebrał grupę ludzi, których nazywa nie kadrami, nie pracownikami, lecz drużyną. I twierdzi, że drużyna to świętość, bo nie pozwala mu popaść w samozadowolenie. – Lubię tych, którzy mają swoje zdanie, co bronią tego zdania. Ja mogę mieć głupi pomysł. Rozwalajcie ten pomysł. Udało mu się zatrzymać drużynę przy sobie, choć konkurencja wielokrotnie próbowała ją podkupić. – Ich pierwsza motywacja to dobrze zarabiać. Na drugim miejscu jest atmosfera – tłumaczy.
Godne wynagrodzenie uznaje za fundament uczciwego biznesu. W świecie wielkich korporacji jego filozofia brzmi niemal staroświecko – firma oparta na zaufaniu, nie na strachu. – Pokazuję, że budowa na zaufaniu do drugiego człowieka nie jest naiwna. Asseco jest pięknym przykładem, że to może być bardzo skuteczne. Dziś, po dziesiątkach przejęć i miliardach wypłaconych dywidend, nadal podkreśla znaczenie ciągłego zdobywania wiedzy: – Naszej firmie zagrozić możemy my sami, jeżeli nie będziemy się uczyli.