Coś jednak ich obu łączy. Co? Pycha. Hołownię już doprowadziła ona do upadku, a Putina doprowadzi do niego zapewne już niedługo.
Trudno byłoby powiedzieć, że Hołowni w polityce nie udało się absolutnie nic.
Nie został wprawdzie, jak chciał, prezydentem, ale w praktyce dwa razy zdecydował, kto nim został. Wprowadził swoją partię do Sejmu i został drugą osobą w państwie, czego nie można nie uznać za sukces. Było mu jednak mało. Chciał więcej, nawet gdyby ceną za to miała być zdrada. W końcu więc przelicytował, przeceniając swe karty i ulegając złudnemu poczuciu, że bez końca może nawijać makaron na uszy reporterom na sejmowych korytarzach, koleżankom redaktorkom w studiu TVN24, a przede wszystkim publice. W efekcie w krótkim czasie stracił stanowisko, partię, szacunek i twarz.
Hołownia nie słyszał zapewne, że już Stalin mawiał, iż najgorszy jest zawrót głowy od sukcesów.
Subskrybuj