Wyspiański – świadomy własnego talentu, ale wielokrotnie odrzucany przez instytucje teatralne – nie mógł liczyć na entuzjazm ani dyrekcji, ani zespołu aktorskiego. Reżyser Adolf Walewski próbował okiełznać tekst, który wymykał się konwencjom, a aktorzy – przyzwyczajeni do klasycznej dramaturgii – często reagowali niechęcią, a nawet drwiną. W kulisach powtarzano, że to utwór „dziwaczny” i „niezrozumiały”, skazany na szybkie zejście z afisza. Tymczasem „Wesele” było efektem niemal reporterskiej obserwacji i jednocześnie artystycznej wizji o niezwykłej sile syntezy. Inspiracją stało się autentyczne wesele Lucjana Rydla z chłopką Jadwigą Mikołajczykówną w Bronowicach – wydarzenie, które już samo w sobie miało wymiar symboliczny, bo łączyło inteligencję z ludem w geście pozornie pojednawczym. Wyspiański, obecny na uroczystości, nie uczestniczył jednak w zabawie jak inni. Obserwował. Słuchał. Rejestrował napięcia, gesty, niedopowiedzenia. To, co dla uczestników było jednorazowym świętem, dla niego stało się materiałem dramatycznym o znacznie szerszym znaczeniu. W dramacie jednak realistyczny punkt wyjścia szybko ustępuje miejsca wizji, w której pojawiają się zjawy, widma i postaci symboliczne. To one – Stańczyk, Wernyhora czy Rycerz – wydobywają na powierzchnię zbiorową świadomość Polaków, ich historyczne kompleksy i niespełnione aspiracje.
Publiczność 1901 roku nie była przygotowana na taką formę. Pierwszy akt, jeszcze stosunkowo konwencjonalny, usypiał czujność widzów, by w kolejnych częściach przejść w przestrzeń snu, halucynacji i narodowej metafizyki. Reakcja niejednoznaczna. Z jednej strony – entuzjazm i owacje. Z drugiej – konsternacja i gorączkowe próby interpretacji. Jak wspominał później teatrolog Rafał Węgrzyniak, widzowie po spektaklu nie chcieli opuszczać sali, tworzyli grupy i dyskutowali, próbując zrozumieć sens tego, co zobaczyli. Było to doświadczenie nowe: teatr przestał być jedynie rozrywką, stał się impulsem do debaty o kondycji wspólnoty. Kraków szybko rozpoznał pierwowzory bohaterów scenicznych. Dla jednych była to dodatkowa atrakcja – rodzaj plotkarskiej gry z widzem. Dla innych – powód do oburzenia. Sam Rydel poczuł się dotknięty, podobnie jak część jego bliskich. „Wesele” od początku funkcjonowało więc na dwóch poziomach: jako arcydzieło literackie i jako bezlitosne zwierciadło środowiska, które sportretowało.