Ochman jest legendą co najmniej trzech pokoleń, także dla mnie, który z jego postacią zetknął się w głębokim PRL-u jako jednym z czczonych z wielkiego kręgu polskich muzyków budujących markę Polski. Jego nazwisko wymieniało się jednym tchem z Teresą Żylis-Garą, Teresą Wojtaszek-Kubiak, Kazimierzem Kordem, Antonim Witem, Henrykiem Czyżem, Krzysztofem Pendereckim, Witoldem Lutosławskim, Henrykiem Mikołajem Góreckim, Wojciechem Kilarem… Wielcy muzycy uosabiali nie tylko kulturowy potencjał Polski, byli też symbolem sukcesu finansowego, otrzymując na Zachodzie honoraria niemal mityczne. Z drugiej strony, krążąc między dwoma światami,
praktykowali narodową terapię,
polepszając nam samopoczucie. Wszak wracali i śpiewali, komponowali, dyrygowali także dla nas, w kraju…
O Ochmanie, jednym z mitycznych artystów tamtych czasów, wiedzieli także ci, którzy nie mieli pojęcia o konkretach, że śpiewał w MET, oklaskiwano go w Buenos Aires i San Francisco. Nie mieli pojęcia, iż nagrał pół setki płyt, że stworzył historyczne kreacje Leńskiego, Edgara, Arriga, Dymitra Samozwańca, Tamina, Eryka… Że otrzymał dwa doktoraty honorowe znaczących uczelni (AGH i UAM), że zrezygnował z etatu w Teatrze Wielkim, by móc śpiewać na dających więcej swobody kontraktach. Ludzie nie znali biografii artysty, ale jego żywy portret budowali ze strzępów faktów, wrażeń i oczekiwań.
Subskrybuj