Wrzesień 2025 roku. Gościem popularnego programu Bogdana Rymanowskiego jest były prezydent Andrzej Duda. W serii pytań od widzów pojawia się jedno dotyczące tzw. afery podkarpackiej i jej ewentualnego wpływu na decyzje Dudy w sprawach ukraińskich.
Były prezydent wybałusza oczy i nie kryje zdziwienia. „Jaka afera podkarpacka?” – pyta. Zapewnia, że nigdy nie zetknął się z doniesieniami na ten temat. Czat natychmiast zaczyna wrzeć. Internauci w większości mu nie wierzą, a wycięty fragment rozmowy rusza w sieć i przykrywa całą, trzygodzinną rozmowę.
Wspominam tę sytuację, bo pytanie zadane Dudzie jest symptomatyczne. Mit „afery podkarpackiej” wyrósł z nieufności wobec najprostszego wyjaśnienia: że pomoc, jaką Polska okazała Ukrainie po lutym 2022 roku, wynikała z naszego interesu, położenia geopolitycznego i pamięci o tym, czym jest rosyjska okupacja.
Politolog Michael Barkun, badacz współczesnej kultury konspiracyjnej, który pisał między innymi o alternatywnych interpretacjach zamachów z 11 września i początków epidemii AIDS, zwracał uwagę, że takie myślenie opiera się na trzech założeniach: nic nie dzieje się przypadkiem, nic nie jest takie, jakim się wydaje, a wszystko jest ze sobą połączone. I właśnie w takim schemacie „afera podkarpacka” zaczęła żyć własnym życiem. Skoro Polska tak mocno pomogła Ukrainie, to dla części odbiorców nie mogło chodzić po prostu o to, że nie chcemy rosyjskich czołgów we Lwowie. Musiało chodzić o coś jeszcze. To „coś jeszcze” to w tym wypadku nagrania, na których widać polskich polityków w rzeszowskich burdelach. Nagrania, których nikt nigdy nie widział.
O co chodzi w tej aferze?
Afera podkarpacka zaczyna się od Ukraińców, braci Rysiczów, Aleksieja i Jewgienija, którzy w latach 90. przyjeżdżają do Polski i zaczynają otwierać na Podkarpaciu sieć agencji towarzyskich. W ręce organów ścigania wpadają w 2005 roku. Teoretycznie za sutenerstwo, a przede wszystkim za udział w zorganizowanej grupie przestępczej groziło im 10 lat pozbawienia wolności, ale prokurator zażądał jedynie roku więzienia w zawieszeniu. Bracia szybko wrócili do przestępczego procederu.
Ich konkurentem na „rynku” był bokser Dawid „Cygan” Kostecki. W 2011 roku został skazany na 2,5 roku bezwzględnego więzienia. Gdy kilka miesięcy później, w czasie przygotowań do walki, policja zatrzymała go i doprowadziła do zakładu karnego, Kostecki publicznie oskarżył Daniela Ś., oficera podkarpackiego CBŚ, o współpracę z braćmi Rysiczami. Twierdził, że policjanci chronią ich agencje, sami korzystają z ich usług, a ścigają przede wszystkim konkurencję.
Podczas przesłuchania Kostecki poszedł jeszcze dalej. Zeznał, że Daniel Ś. w porozumieniu z Rysiczami miał nagrywać polityków i innych VIP-ów korzystających z usług prostytutek. W 2016 roku ABW zatrzymała Ś. i kilku innych funkcjonariuszy oraz samych braci Rysiczów. Według prokuratury grupa funkcjonariuszy CBŚ rzeczywiście miała roztoczyć parasol ochronny nad agencjami ukraińskich gangsterów. Wydawało się więc, że Kostecki mówił prawdę, a bracia byli pod ochroną ludzi ze służb. A jednak i tym razem Rysiczowie dostali zaskakująco niskie kary: rok i półtora roku więzienia.
Sprawa z lokalnej zmienia się w ogólnopolską w 2019 roku, gdy były fukcjonariusz CBA Wojciech J. informuje, że na nagraniach z burdeli znajdują się czołowi polscy politycy, w tym marszałek Sejmu Marek Kuchciński. Wojciech J. zapewniał, że posiada nagranie i przekaże je dziennikarzom, ale nigdy tego nie zrobił, a płyta z sekstaśmą rozpłynęła się w powietrzu. W marcu 2026 roku sąd skazał J. za pomówienia na dwa lata pozbawienia wolności, co jak na polskie orzecznictwo jest wyjątkowo surowym wyrokiem.
Paliwem rakietowym dla mnożących się teorii spiskowych była śmierć Dawida Kosteckiego, która nastąpiła kilka miesięcy później. Kostecki miał popełnić samobójstwo, wieszając się w areszcie.
A na to wszystko wchodzi Patryk Vega
Słysząc o doniesieniach dotyczących Kuchcińskiego i – nie oszukujmy się – tajemniczej śmierci Kosteckiego, znany reżyser filmowy Patryk Vega dochodzi do wniosku, że nie może zmarnować takiej okazji i już rok później wypuszcza film „Pętla”, w którym Daniela gra Antoni Królikowski, a Dawida – Piotr Stramowski. Mimo że aktorzy posługują się imionami i nazwiskami prawdziwych bohaterów afery, to film inspirował się nią bardzo luźno. Na przykład śmierć Kosteckiego – przedstawiona tu jako zabójstwo – pokazana jest jako uciszenie kogoś, kto składał obciążające zeznania, a przecież w prawdziwym życiu doszło do niej osiem lat po tym, gdy Kostecki powiedział wszystko, co miał do powiedzenia. Film odniósł kasowy sukces, a w kinach obejrzało go pół miliona Polaków.
Prawdziwy huragan spekulacji zaczął się jednak wtedy, gdy okazało się, że z Rysiczami miała kontaktować się Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Jak twierdzili sami zainteresowani, SBU dała im spokój dopiero po otrzymaniu pokaźnych łapówek. Do tego dochodził wątek płyt CD, o które ukraińskie służby miały wypytywać ludzi z otoczenia braci. Najnowsze ustalenia Onetu przesuwają jednak punkt ciężkości tej historii. Wynika z nich, że Rysiczowie nie tylko byli chronieni przez skorumpowanych funkcjonariuszy, ale byli też tajnymi współpracownikami CBŚ.
Policja miała uznać, że są zbyt cenni, żeby ich po prostu zamknąć. Na wolności mogli dostarczać informacji, których funkcjonariusze sami nie byliby w stanie zdobyć. W zamian dostawali przyzwolenie na dalsze prowadzenie agencji towarzyskich. Formalnie byli osobowymi źródłami informacji. W praktyce państwo korzystało z usług sutenerów, którzy równolegle prowadzili przestępczy biznes i wykorzystywali kobiety sprowadzane z Ukrainy.
To nie jest wyspa Epsteina
Cała sprawa zdecydowanie wymaga wyjaśnienia, a pytania o charakter relacji między Rysiczami a policjantami domagają się natychmiastowych odpowiedzi. Mimo bulwersującego charakteru trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że historia, która miała „zatrząść polską polityką”, okazała się tylko przejawem lokalnej patologii, jakich w Polsce było już wiele. Wystarczy wspomnieć sprawę śmierci Iwony Cygan, w której na ławie oskarżonych zasiadło kilkunastu byłych policjantów.
Ostatecznie nagrań miały być tysiące, a nie zobaczyliśmy ani jednego. Ba, nikt ich nie widział. Oczywiście zwolennicy teorii spiskowych zaraz powiedzą, że służby wszystko zatuszowały, a ja nie doceniam SBU. Ale nawet jeśli założyć, że takie nagrania powstawały i mogły trafić w ręce obcych służb, to wypijmy szklankę zimnej wody i zapytajmy: kogo właściwie można było tam nagrać? Czy naprawdę czołowi warszawscy notable, chcąc zdradzić żonę, jechaliby kilkaset kilometrów do obleśnego, podejrzanego hoteliku gdzieś w polu?
Przepraszam, ale wyglądający jak cygański pałacyk hotel „Imperium” w Świlczy czy klub nocny „Olimp” w Budziwoju to nie jest elitarna wyspa Epsteina, żeby rząd VIP-ów, od prymasa po premiera, przebierał nogami na myśl o wizycie w tych przybytkach. Tak, można sobie wyobrazić, że ktoś posiada dziś leciwe, kiepskiej jakości, kilkuminutowe nagrania stosunków seksualnych, na których widać podkarpackich policjantów, być może samorządowców, księży albo kierowców TIR-ów jadących w stronę granicy. Tylko co właściwie miałby z nimi zrobić? Kogo miałby nimi szantażować? Jaką decyzję państwa polskiego miałby w ten sposób wymusić?
Zejdźmy na ziemię. Afera podkarpacka nie jest żadnym tajnym kodem do zrozumienia polskiej polityki wobec Ukrainy. Jest historią o tym, jak państwo weszło w układ z ludźmi, z którymi nie powinno w taki układ wchodzić. To wystarczająco poważne. Nie trzeba udawać, że z podrzędnych podkarpackich burdeli prowadziła tajna linia wpływu na Warszawę, Kijów i polską politykę.