Wojna na własnym podwórku
Skalę tych napięć dobrze ilustrują reakcje na jej odejście. „Nareszcie” – napisał poseł KO Konrad Frysztak. „Ozięble żegnamy” – dodał Witold Zembaczyński. Jeszcze dosadniej wypowiedział się Tomasz Trela z Lewicy: „Za co cenię panią minister Pełczyńską- Nałęcz? Za to, że wreszcie odeszła. Dziękuję”. Źródeł tej niechęci nie trzeba szukać daleko. Pełczyńska-Nałęcz przez ostatnie lata prowadziła z własnym rządem wojnę na niemal wszystkich frontach, z zapałem, którego nie powstydziłaby się sejmowa opozycja. Zaczęło się od kredytu 0 proc., jednej ze sztandarowych obietnic KO, którą minister zwalczała jako prezent dla banków i deweloperów. Później przyszła kolej na podatek od nadzwyczajnych zysków banków, forsowany wbrew stanowisku resortu finansów, podatek katastralny od trzeciego mieszkania i obniżenie składki zdrowotnej. Rekonstrukcję rządu nazwała „teatrem politycznym”, a przyjęty przez Radę Ministrów projekt regulacji najmu krótkoterminowego – najgorszą ustawą tego gabinetu. Pełczyńska-Nałęcz sprawiała przy tym wrażenie, jakby nie do końca rozumiała rolę, w której przyszło jej występować. Nie była przecież publicystką komentującą poczynania władzy z bezpiecznej odległości, lecz ministrą ponoszącą współodpowiedzialność za jej decyzje. W tej krytyce pobrzmiewało nie tylko niezadowolenie z polityki rządu, ale również lekceważenie koalicyjnych partnerów. Tymczasem właśnie po to istnieją rozmowy za zamkniętymi drzwiami, negocjacje i kuluarowe targi, by rozstrzygać spory bez nieustannego dostarczania opozycji amunicji do ostrzeliwania własnego gabinetu. Będąc mniejszościowym koalicjantem, czasem się wygrywa, a czasem przegrywa. Polityczna maestria nie polega jednak na tym, by po każdej porażce biec do mediów z pretensjami, lecz na cierpliwym budowaniu sojuszy, przekonywaniu nieprzekonanych i zdobywaniu większości dla własnych pomysłów. Dopiero potem można zameldować wyborcom wykonanie zadania. To trudna sztuka – wymaga cierpliwości i dyscypliny.
Straciła partię
Skoro już o cierpliwości mowa, warto zapytać, czy gdyby Pełczyńska-Nałęcz miała jej nieco więcej, Polska 2050 rozpadłaby się na dwie części. Ugrupowaniu nie pomógł oczywiście Szymon Hołownia, który najpierw zrezygnował z przywództwa, by później przypomnieć sobie, że jednak lubi być liderem. W walce o schedę po nim Pełczyńska-Nałęcz pokonała Paulinę Hennig-Kloskę, choć wybory trzeba było powtórzyć z powodu problemów z głosowaniem elektronicznym. Zwycięstwo nie zakończyło jednak sporów. Przeciwnicy nowej przewodniczącej oskarżali ją o forsowanie „uchwały kagańcowej”, która miała zamrozić zmiany personalne w partii, a Michał Kobosko zarzucał jej wręcz „dyktatorskie zapędy”. Do konfliktów personalnych doszły różnice programowe. Korzenie Polski 2050, choć niezbyt głębokie, wyrastały przecież z liberalnego gruntu. Jak zauważali krytycy Pełczyńskiej-Nałęcz, do partii mającej walczyć z kapitalistami nigdy by się nie zapisali. Ostatecznie 15 posłów i 3 senatorów opuściło ugrupowanie, tworząc Centrum. Pełczyńska- Nałęcz zdobyła więc przywództwo, ale przy okazji straciła znaczną część partii, której miała przewodzić.
Racja to nie większość
Ten ostatni wątek wydaje się szczególnie istotny. Gospodarcze pomysły Pełczyńskiej-Nałęcz znacznie bardziej przypominały postulaty Partii Razem niż liberalne obietnice zawarte w „100 konkretach” Koalicji Obywatelskiej. Upór ministry był tym bardziej osobliwy, że sama nigdy nie została wybrana do parlamentu, a więc nie mogła powoływać się na osobiste poparcie wyborców dla realizacji własnych pomysłów. Oczywiście minister nie musi być posłem, ale powinien rozumieć, że w polityce sama racja nie wystarczy. Pełczyńska-Nałęcz przypominała chwilami szkolną prymuskę, która przeczytała wszystkie podręczniki, zjadła wszystkie rozumy i uznała, że wie lepiej od całej klasy, co jest dla niej dobre. Tacy ludzie mogą mieć znakomite oceny, ale niekoniecznie potrafią zdobywać zaufanie i przekonywać innych. A polityka, w przeciwieństwie do szkolnego sprawdzianu, nie polega na udzielaniu poprawnych odpowiedzi, lecz na zdobywaniu większości dla własnych racji.
Czy Pełczyńska-Nałęcz zniknie teraz z polityki? Trudno w to uwierzyć. Jej ego wydaje się zbyt wielkie, by pogodzić się z losem zwykłego obywatela, którego nikt nie pyta codziennie o zdanie. Niewykluczone więc, że spróbuje wystartować do Sejmu z list wspomnianej Partii Razem. Byłoby to rozwiązanie wręcz wymarzone: mogłaby bez końca pouczać Donalda Tuska, wytykać błędy jego ministrom i tłumaczyć całej Polsce, jak należy nią rządzić. A wszystko to bez ponoszenia najmniejszej odpowiedzialności za skutki własnych recept.