„Dzień przeklęty” – jak mówi Elżbieta Kij – stał się takim tuż przed godz. 20. Syn przeglądał internet i zobaczył, że tuż koło Aleksandrowa Łódzkiego doszło do wypadku dwóch motocykli. Na zdjęciu rozpoznał leżący na środku drogi motocykl Beaty i jej partnera Tomka. Obok złowrogi czerwony namiot straży pożarnej zasłaniający zwłoki przed ciekawskimi oczami tłumu. Chwilę później zadzwonił telefon z nadzieją. Renata Edelwein, najbliższa przyjaciółka, powiedziała, że Beata przeżyła wypadek i trzeba jechać do Łodzi, do szpitala. Kiedy Elżbieta Kij tam dotarła, było jednak po wszystkim.
Rodzice Przemka Bartczaka byli już w tym czasie na miejscu wypadku. Oni złudzeń nie mieli: porozrywane ciało Przemka wisiało na płocie ogródków działkowych z dala od jezdni, siła uderzenia rozerwała jego motocykl na pół. – Strażacy nie pozwolili nam podejść do syna i miejsca wypadku – wspomina Grażyna Bartczak. – Z daleka widzieliśmy wbitego w drzewo pomarańczowego jeepa sprawczyni i jej ojca, który kręcił się obok.
Subskrybuj