Władysław C. urodził się w Czarnej Małej koło Czaplinka. Z trudem skończył podstawówkę, a w dorosłe życie wszedł bez zamiaru podjęcia stałej pracy. Od początku wolał złodziejski proceder, który towarzyszył mu przez lata. Uznał, że prowincja nie jest dla niego, więc wyniósł się z Pojezierza Drawskiego do stolicy. Co jakiś czas trafiał za kratki i już nigdy nie wrócił w rodzinne strony.
Kilkanaście miesięcy przed tragicznymi wydarzeniami opuścił więzienie na Białołęce. Tam poznał ludzi, dzięki którym na stałe osiadł w Warszawie. Zatrudnił się na jednej z budów. Co ciekawe, nasz Władzio – tak kazał do siebie mówić – potrafił szybko zdobywać zaufanie pracodawców, którzy powierzali mu nawet swój dobytek. Reklamował się jako wybitny fachowiec, więc często pracował jako majster. Udawał też, że ma własną brygadę, a nawet improwizował nabór robotników.
Jak się później okazało, Władysław na budowach nie pozbył się swoich złodziejskich przyzwyczajeń. Okradał pracodawców i podwładnych, zabierając im część wypłaty, a materiały budowlane sprzedawał konkurencji. Większość zarobionych – lub skradzionych – pieniędzy przepuszczał na warszawskie prostytutki.
Nie były to luksusowe „damy”, lecz kobiety z podłych spelun i ulicznych punktów. Szczególnie upodobał sobie niemłodą już Marię Ł. Nie miał stałego lokum w Warszawie, latem mieszkał w barakach na budowach i niemal co wieczór przyprowadzał tam kolejne kobiety oferujące tanie usługi. One, podobnie jak on, nie stroniły od alkoholu. Kiedy miał gotówkę, lubił szpanować i organizował kolegom balangi, chwaląc się swoją miłością do Marii. Nie wiedział jednak, że ta wielokrotnie go okradała. Władzio ufał jej bezgranicznie i był przekonany, że za znikające pieniądze odpowiadają jego kumple. Kilku z nich dotkliwie pobił, wymierzając „sprawiedliwość” na własną rękę.
Gdy nadchodziła zima, szukał schronienia u samotnych kobiet – nie zawsze prostytutek. Udawał zamożnego mężczyznę z przejściowymi problemami i podrywał kasjerki, kelnerki czy pielęgniarki. Jak ustaliła policja, mieszkał na zmianę u kilku takich kobiet, ale nigdy nie zapominał o swojej ulicznej miłości, Marii. Wizyty u niej często kończyły się awanturą, bo nierzadko zastawał w mieszkaniu klientów korzystających z jej usług.
W ostatnich miesiącach przed tragedią pracował na wielu budowach. Gdy orientowano się, że nie jest tym, za kogo się podaje, uciekał do kolejnego pracodawcy i znów odgrywał wielkiego fachowca. Jak wynika z policyjnych przesłuchań, byli szefowie wspominali jego zaradność, pomysłowość i sprawczość.
Władzio potrafił załatwić wszystko – od zwykłej rurki po skomplikowaną aparaturę. Szefowie byli zadowoleni, nie pytali, skąd bierze te rzeczy. Tymczasem okradał wszystkich równo, także kobiety, u których mieszkał. Przed nimi grał dżentelmena, nawet człowieka sentymentalnego, lecz w rzeczywistości był brutalny. Często katował poznane kobiety, a one – ze względu na swoją profesję – nie zgłaszały tego policji.
Najtragiczniejsze wydarzenia rozegrały się 27 czerwca 2001 roku, gdy odwiedził swoją kochankę Marię. Zastał ją z dużo młodszym mężczyzną. Klient uciekł, a Władysław zaczął wymierzać „karę”. Tym razem przesadził – bił i dusił kobietę bez opamiętania. Gdy przestała dawać oznaki życia, przestraszył się i uciekł, wyjechał z Warszawy. Nazajutrz sąsiadka znalazła Marię martwą. Policja szybko wytypowała sprawcę, bo Władysław był częstym gościem i domownikiem ofiary.
W listopadzie 2001 roku na prośbę stołecznych kryminalnych pokazałem w „997” jedynie komunikat ze zdjęciem poszukiwanego Władysława C. Tuż po emisji jeden z widzów wskazał miejsce, w którym sprawca się ukrywał. Kilkanaście godzin później morderca został zatrzymany. Do winy się nie przyznał. Policja podejrzewała go także o zabójstwo innej warszawskiej prostytutki – 54-letniej Krystyny B., zamordowanej 27 czerwca 2000 roku na Białołęce – lecz tej zbrodni nie udało się mu udowodnić.