Olek mieszkał z mamą i dwiema siostrami w kamienicy w centrum miasta. Był uczniem klasy maturalnej technikum, marzył, żeby zostać spawaczem światłowodów i zdobywał kolejne certyfikaty, by przygotować się do przyszłej pracy w zawodzie. Jego ojciec zmarł, gdy chłopak miał zaledwie dziesięć lat, więc od tego czasu całkowitą opiekę nad trójką dzieci przejęła samotnie mama, pracująca jako opiekunka medyczna w miejscowym szpitalu. Dla rodziny była ostoją bezpieczeństwa, a jednak nie mogła uchronić syna przed tym, co wydarzyło się tamtego popołudnia. Olek był pełen życia, przyjacielski, ciekawy świata, lubił spędzać czas z rówieśnikami. 4 stycznia wyszedł z domu, miał zobaczyć się ze znajomym; mówił, że wróci za dwie godziny. Nigdy tego nie zrobił. Spotkanie, które miało być zwykłym spotkaniem towarzyskim, stało się początkiem dramatycznych wydarzeń, które doprowadziły do jego śmierci.
Nie możesz oddychać? Ogarnij się!
Olek wraz z kolegą, spacerując po starówce, wpadli w dramatyczną sytuację, kiedy zauważyli radiowóz patrolowy. Funkcjonariusze włączyli syrenę, chcąc zatrzymać młodych ludzi. Chłopak i jego znajomy rzucili się do ucieczki w przeciwnych kierunkach. Olek, dobrze znający okolicę, wbiegł na boisko pobliskiego liceum i próbował przeskoczyć wysoki metalowy płot zakończony grubymi prętami. Źle obliczył skok i nadział się na jeden z prętów, doznając poważnego urazu uda.
Policjanci natychmiast podbiegli do miejsca wypadku. Nagrania z kamer nasobnych pokazują, że krew sączyła się powoli z rany, co wprowadziło funkcjonariuszy w błąd. Uznali, że przecięcie nie jest głębokie, podczas gdy chłopak prawdopodobnie doznał przecięcia tętnicy udowej – jednej z największych w ciele, co oznaczało szybkie wykrwawienie wewnętrzne. Olek kilkukrotnie powtarzał, że nie może oddychać i błagał o pomoc: „Dajcie mi tlen!”, „Nie mogę oddychać!”, „Proszę, człowieku, pomóż mi!”. Mimo wyraźnych sygnałów zagrożenia policjanci nie skupili się na ratowaniu życia. Zamiast tego prowadzili przesłuchanie: „Podaj PESEL, mistrzu!”, „A te prochy nie połknąłeś przypadkiem?” – pytali, ignorując realną potrzebę medyczną. Chłopak mdlał kilkukrotnie, jego głos stawał się chrapliwy, a funkcjonariusze reagowali krzykiem: „Ogarnij się!”, „Uspokój się!”. Dodatkowo chaos pogłębiała słaba łączność radiowa i były problemy z precyzyjną lokalizacją. Policjanci nie wiedzieli dokładnie, jaki jest adres zdarzenia, a dyżurny dopytywał o szczegóły, zamiast natychmiast wysłać karetkę. Zdezorientowani funkcjonariusze przyjęli mylne założenie, że krwawienie nie jest groźne, nie wiedząc, że krew mogła zbierać się w ciele Olka, co szybko prowadziło do krytycznego spadku ciśnienia i problemów z oddychaniem.
Tlen w płynie
Mniej więcej po 12 minutach od wypadku na miejsce przyjechała karetka z lekarzem i dwoma ratownikami. Z nagrań z monitoringu wynika, że jechali powoli przez centrum miasta, nie włączając sygnałów uprzywilejowania. Zamiast natychmiast podjąć działania ratujące życie, wrzucili Olka na stojąco do pojazdu, pozostawiając go skutego kajdankami. Policjant próbował zdjąć kajdanki, ale ratownik zdecydowanie odmówił. W karetce medycy prowadzili własne „śledztwo”. Zamiast ocenić stan pacjenta, pytali o nazwisko, powód ucieczki i narkotyki: Chociaż Olek wciąż prosił o pomoc, jego błagania były ignorowane. Chłopak kilkukrotnie mdlał, a ratownicy wciągali go z powrotem na nosze, ciągnąc za włosy, wycierając krew z rąk w jego ubranie. Lekarz komentował sytuację żartobliwie: „Trochę ci się spodnie pobrudziły”, a na prośbę o tlen odpowiedział cynicznie: „Daliśmy ci tlen w płynie, wiesz?”. Olek wciąż powtarzał: „Nie chcę do taty! Widzę go!”, a lekarz pytał: „A czemu nie chcesz taty?” – na co chłopak odpowiedział rzężącym głosem: „Bo nie żyje!”. W karetce nie wykonano żadnych skutecznych działań, które mogłyby zatrzymać wykrwawienie wewnętrzne. Ratownicy i lekarz zamiast ratować życie, skupili się na przesłuchaniu pacjenta i jego zachowaniu.
Podczas transportu Olek stawał się coraz słabszy, jego oddech był płytki i nieregularny, a skóra blada. Krew wyciekała do wnętrza organizmu, co szybko prowadziło do wstrząsu krwotocznego. Zamiast natychmiast podjąć procedury ratujące życie , czyli podać tlen i preparaty krwiozastępcze oraz stabilizować ranę, medycy prowadzili rozmowy i śmiali się w obecności pacjenta w krytycznym stanie.
Nagrania i raporty
Olek dotarł do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w stanie krytycznym. Już w tym momencie każdy dodatkowy błąd medyczny mógł kosztować go życie. Akcja ratunkowa była chaotyczna i kompletnie nieprofesjonalna. Intubację prowadzono przez kilkanaście minut, ale rurka trafiła do przełyku, zamiast do tchawicy, co uniemożliwiało prawidłowe podawanie tlenu. Pielęgniarka szukała policjanta, który mógłby zdjąć kajdanki Olka, zamiast zająć się jego ratowaniem. Nie zastosowano kapnografii – prostego urządzenia, które natychmiast wykrywa błędne umieszczenie rurki i pozwala je skorygować w ciągu kilkunastu sekund. Biegli uznali zachowanie lekarzy i ratowników za „skandaliczne”. Nie tylko ignorowali objawy pacjenta, lecz również stosowali wobec niego chamskie komentarze i zachowania, które nie powinny mieć miejsca w sytuacjach ratowania życia. Olek wielokrotnie błagał o pomoc, powtarzał, że nie może oddychać, a jego prośby były lekceważone. Przy próbach podania tlenu słyszał żarty i ironiczne komentarze: „Daliśmy ci tlen w płynie, wiesz?” – mówił lekarz, zupełnie ignorując dramatyczny stan pacjenta. Po kilkudziesięciu minutach od przyjazdu na SOR stwierdzono zgon. Każda minuta stracona w trakcie transportu i podczas pierwszej pomocy w szpitalu była kluczowa, a brak natychmiastowej interwencji medycznej przypieczętował los chłopaka. Zaniedbania medyków były bezpośrednią przyczyną śmierci Olka. Po dwóch latach od tragicznych wydarzeń trzech lekarzy – dwóch z SOR i kierownik zespołu ratowniczego karetki – czeka na proces, w którym postawiono im zarzuty narażenia Olka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia (art. 160 Kodeksu karnego). Pozostali ratownicy i policjanci pozostają bez odpowiedzialności. Dyrekcja szpitala nie wyciągnęła konsekwencji dyscyplinarnych, tłumacząc, że czeka na werdykt sądu, mimo że nagrania i raporty biegłych jednoznacznie pokazują powagę zaniedbań.
Walka o prawdę i pamięć
Przyjaciele i rodzina Olka nieustannie podtrzymują pamięć o chłopaku. W miejscu tragedii namalowali wielki mural z jego twarzą, a znajomi nagrali teledysk upamiętniający jego życie. Wciąż pytają: „Dlaczego uciekał przed policją?”. Mama Olka, pani Małgorzata, zastanawia się, czy jednym z powodów nie była panika wynikająca z wcześniejszego kontaktu syna z policją, zwłaszcza że Olek był wielokrotnie bez powodu legitymowany. Krótko przed zdarzeniem palił marihuanę – choć biegli wskazali, że niewielka ilość substancji nie miała wpływu na jego stan fizyczny, mogła nasilić lęk przed funkcjonariuszami. Pani Małgorzata od początku nie wierzyła w obiektywność lokalnej prokuratury. Po początkowym braku reakcji wywalczyła przeniesienie śledztwa do Torunia, gdzie powołano niezależnych biegłych. Eksperci z Zakładu Medycyny Sądowej w Łodzi wskazywali błędy również po stronie policji, choć prokurator nie powołał specjalisty ds. taktyki policyjnej, a postępowanie wobec funkcjonariuszy umorzono. Mama Olka nadal walczy, aby sprawiedliwość objęła również służby, które mogły uratować życie jej syna. Tragiczna historia Olka ujawnia dramatyczne zaniedbania w systemie ratownictwa medycznego i policyjnego. Lekarze i ratownicy, którzy nie podjęli odpowiednich działań, wciąż pracują w zawodzie, co budzi w społeczności i w rodzinie Olka głębokie oburzenie. Dyrektorka szpitala argumentowała, że nie wyciąga konsekwencji dyscyplinarnych, czekając na werdykt sądu, mimo że nagrania z monitoringu jednoznacznie pokazują brak profesjonalizmu i empatii w stosunku do młodego pacjenta. Historia Olka jest przestrogą, że brak odpowiedzialności w sytuacjach ratowania życia może mieć tragiczne skutki. Jego przyjaciele i rodzina starają się, aby pamięć o nim była żywa, a jednocześnie walczą o sprawiedliwość i zmiany w procedurach ratowniczych, które mogą uratować życie innych młodych ludzi w przyszłości. „Nawet jeśli Olek popełnił błąd, nie zasługiwał na śmierć w męczarniach” – podsumowuje pani Małgorzata, codziennie zmagając się z bólem i nieustającym poczuciem niesprawiedliwości.
PS: Autor na co dzień jest dziennikarzem telewizji TVN. Jego reportaż na ten temat ukazał się kilka dni temu w programie „Uwaga!”. Kilkanaście godzin po emisji materiału cały zespół karetki, który zajmował się Olkiem, został zwolniony z pracy.