W tej kategorii nagroda trafia do osób, które „ustawiły” fotografię na nowo. Wcześniej dostali ją m.in. William Eggleston, który przeforsował kolor jako sztukę, Elliott Erwitt, mistrz ironii, Martin Parr, bezlitosny obserwator codzienności, czy Sebastiao Salgado, dokumentujący wielkie historie świata. Meyerowitz zrobił coś podobnego, tylko wcześniej i wbrew wszystkim. W latach 60. XX wieku fotografia „poważna” miała być czarno-biała. Kolor był dla reklam, magazynów, rzeczy lekkich. On wyszedł na ulicę z kolorowym filmem i zaczął fotografować życie takim, jakie jest. Bez filtrów, bez udawanej powagi. I nagle okazało się, że zwykły chodnik wystarczy.
Jego historia zaczęła się od impulsu. Działał w reklamie, kiedy zobaczył fotografa przy pracy i w ciągu kilku godzin rzucił wszystko. Wziął aparat i wyszedł na ulicę. Czuł, jakby się odrodził. Jego metoda polega na łapaniu tego, co nieoczekiwane. Nie lubi planować za dużo ani kontrolować. Woli po prostu być i reagować. Jeśli pojawia się tłum – podchodzi. Jeśli coś przyciąga jego uwagę – musi się zatrzymać. Bo coś się dzieje. Brzmi prosto, a jednak większość tego nie robi…
Trafił do największych muzeów świata, jego prace pokazywano na prestiżowych wystawach, wydał dziesiątki książek. Fotografował momenty graniczne, jak Nowy Jork po 11 września, ale jego rewolucja wydarzyła się na ulicy, między ludźmi. Jego fotografowanie jest dowodem, że obraz zaczyna się od patrzenia. Można wygenerować zdjęcie, ale nie da się wygenerować momentu, kiedy świat układa się sam – i ktoś zdąży to zobaczyć.