Jego poczucie humoru pozwalało nam przetrwać młodzieńcze szkolne niepokoje, a jego bohaterowie udowadniali, że nie ma sytuacji bez wyjścia i że ze wszystkich kłopotów można się wykaraskać. Każda książka dla młodzieży to opowieść o przygodzie, przyjaźni, poznawaniu życia i barwnych awanturach, ale u Niziurskiego znaleźć można było coś więcej.
Specyficzny język i aura powieści zabierały nas w świat swoistego realizmu magicznego, który w zatęchłym PRL był jak szklana kula czarnoksiężnika, dzięki której można obcować z inną, wymyśloną rzeczywistością.
Spektakl „Siódme wtajemniczenie” w Teatrze Nowym w Łodzi uświadomił mi, że język Niziurskiego przetrwał próbę czasu. Nadal bawi i porywa. Niestety, autorzy przedstawienia liczą, że porwie także współczesną młodzież, ale tu z oderwaniem nosów od telefonów i tabletów będzie spory problem. To raczej sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa dla starszych pokoleń, które w Niziurskim się zaczytywały.
Podziw budzą dynamiczne sceny zbiorowe (brawa dla Tymoteusza Wesołowskiego za opracowanie ruchu scenicznego), a Marcin Bisiorek w roli Cykorza jest niezwykle przekonujący. Sceny tajnego zaprzysiężenia, scena ze zgubioną tenisówką i omamionym uczniowskimi żartami profesorem robią świetne, komiczne wrażenie.
Uczniowie podzieleni są na wrogie, zwalczające się nieustannie obozy Matusów i Blokerów. Pani reżyser uwspółcześniła nieco Niziurskiego i przywódcą jednej z grup uczyniła dziewczynę, co wychodzi przedstawieniu na dobre.
Nowo przybyły do szkoły uczeń musi wybrać, do której grupy ma należeć, bo trzymanie się z boku, bycie pomiędzy nie wchodzi w tej społeczności w rachubę. Czy ta sytuacja czegoś nam nie przypomina? Szkoda, że ten wątek nie został mocniej w przedstawieniu zarysowany, bo takie sceny to mogłaby być świetna parodia współczesnej Polski.
U Niziurskiego „wtajemniczenie” staje się swoistym dojrzewaniem, a sam konflikt grup rodzajem mistyfikacji, parawanem i złudzeniem. Gdy na scenie rozgrywają się istotne w powieści sceny dotyczące mitu hitlerowskiego skarbu, współczesny widz uświadamia sobie, że poza nowoczesną technologią, mentalność nad Wisłą niewiele się zmieniła.
Dalej czekamy na odkrycie złotego pociągu Hitlera, który gdzieś głęboko w sztolniach górniczych czeka na nasze polskie, radosne przybycie. Świetny spektakl, ale tylko dla wyznawców prozy Niziurskiego (do których się zaliczam). Pozostali mogą być lekko zagubieni, a nawet znudzeni.
Ocena: Na fali wzrostu