R E K L A M A
R E K L A M A

„Czas na wielki numer”. Recenzja Skiby

„Czas na wielki numer” to spektakl zrobiony w całości przez kobiety. Nie mogło być inaczej, bowiem przedstawienie porusza ważny, na wskroś kobiecy temat. Czy da się normalnie żyć po zgwałceniu? W dodatku przez osobę, której się ufało, którą uważało się za bliską?

Fot. materiały promocyjne

Ten problem analizują autorki spektaklu na podstawie historii Kai, wesołej dziewczyny, która wymyśla dowcipy i występuje na scenie komediowej. Sam spektakl też momentami przypomina stand-up. Jest wulgarnie, dosadnie, ale też zabawnie i wzruszająco.

Kaja (grana przez Natalię Klepacką) ma słaby kontakt z matką. Matka (w tej roli Monika Badowska) nie rozumie ani dowcipów córki, ani jej fascynacji komediami. Marzą jej się filmy pełne wzruszeń, miłosnych perypetii i wielkich scen kina, które wbijają w fotel. Dlatego Kai tak trudno wyznać matce, co się stało, że została zgwałcona. Rozmowy przez telefon są drętwe i zdawkowe. Ten brak porozumienia oraz niemożność wygadania się bliskiej osobie na temat dramatycznych wydarzeń jest dla ofiary dodatkową udręką.

To spektakl o szukaniu w sobie siły, by dalej żyć po czymś tak brudnym jak gwałt. Ani polskie kino, ani polski teatr nie unikają już, na szczęście, tematów kiedyś uważanych za wstydliwe i nieodpowiednie dla języka sztuki. Jednak w Polsce gwałt nadal się normalizuje i lekceważy w myśl obiegowej, niesprawiedliwej opinii, że „pewnie sama go sprowokowała”, oraz usprawiedliwiających sformułowań, że faceci „już tak mają” i po co robić wrzawę. A to właśnie jest temat, o którym trzeba głośno krzyczeć. Ostatnio krzyczy się często o bzdurnych i nadymanych tematach, by dodać sobie grozy i powagi, tymczasem przemoc wobec kobiet to akurat zagadnienie, przy którym warto wrzasnąć.

I krzyku w tym spektaklu nie brakuje. Brakuje jednak czegoś zupełnie innego. Autorki sztuki, obsadzając w głównej roli dziewczynę ze sceny stand-up comedy, chciały zapewne uzyskać efekt kontrastu. Pokazać, że kobieta, która rozbawia ludzi w klubach komediowych, też może być zgwałcona. Ale jak tu wymyślać żarty po gwałcie?

Bohaterka spektaklu przygotowuje więc dla klubu wielki numer, który będzie oskarżeniem, wrzaskiem, wyzwoleniem i samooczyszczeniem jednocześnie. Zamienia się już nie w kruchą stand-uperkę, ale w silną drag queen, która będzie nas wodzić za nos, czarować, ale też pouczać i dawać świadectwo.

Świetnym pomysłem było wplecenie w ten show piosenki z musicalu „Chicago” ze zmienionym tekstem, jednak cały koncept wydał mi się chybiony. Postać zgwałconej dziewczyny ze sceny stand-up może dobrze brzmi w zapowiedziach i reklamie przedstawienia, bo intryguje i wydaje się czymś bardzo oryginalnym, ale nie przekonuje na scenie. Szkoda, bo temat istotny i uwiera jak kamień w gardle.

Oglądając przedstawienie, odnosiłem wrażenie, że wszystko jest sztuczne i na siłę. Tak, jakby autorki ani nie rozumiały siły stand-upu, ani języka teatru. Matylda Paszczenko w roli drag queen przypomina bardziej klauna z cyrku niż królową z nocnych klubów, a to rodzi niechciane skojarzenia.

I co ma zrobić autor recenzji, gdy rozumie wagę przedstawienia i dobre chęci twórczyń, ale za grosz nie może znaleźć w sobie siły i motywacji, by pochwalić spektakl? Pisać prawdę. I tak też zrobiłem. 

2026-01-30

Krzysztof Skiba