U szczytu powodzenia naszego kraju, gdy jeszcze nie zaznaczyła się ani pandemia, ani wojna za wschodnią granicą, gdyśmy czuli się dostatnio i pogodnie, a największym zmartwieniem wydawała się polaryzacja polityczna, postanowiłem spenetrować archeologię III RP, przyjrzeć się jej mniej pomnikowym początkom. W triumfalnym pochodzie Anatolija Kaszpirowskiego przez sale sportowe, kongresowe i nawy kościelne na przełomie lat 80. i 90., to jest na przełomie PRL i RP, dostrzegłem rytuał przejścia, wstydliwe dzieciństwo nowoczesnej Polski. Książka o Kaszpirowskim miała być nie tylko biografią osławionego cudotwórcy, ale przede wszystkim relacją z operacji na tych warstwach polskiej podświadomości, które chcielibyśmy wyprzeć.
Lekarz, Mesjasz?
Stało się całkiem inaczej. Odnalazłem Kaszpirowskiego, a ten, zanim spotkaliśmy się twarzą w twarz, zdążył sobie poprzez niesłychanie misterne oddziaływanie urobić mnie na entuzjastę. Może nie jego metody, nie Kaszpirowskiego-lekarza, ale na entuzjastę dziwacznego człowieka z farbowaną grzywką i śladami licznych operacji plastycznych. Zanim spotkaliśmy się po roku zmyłek i odwołanych wywiadów, telefonów to uwodzących, to odrzucających, jasne się stało, że to nie Anatolij Michajłowicz jest obiektem dociekań w rękach reportera, ale to reporter stał się jego marionetką. Po drodze poznawałem kolejnych ludzi, których oczarował, których życie zmienił. Nawet niniejsze łamy początek mają przecież właśnie w Kaszpirowskim, w pomyśle i kupieckim geniuszu Mirosława Kulisia, który – po utracie posady dziennikarskiej – Kaszpirowskiego do Polski sprowadził, a dzięki zarobionym na tournée pieniądzom założył jedyny w swoim rodzaju tygodnik, opierający się i dziś wichrom zmian politycznych i technologicznych.
Subskrybuj