Kryzys to mało powiedziane. Najlepsza polska tenisistka w historii, która swoimi spektakularnymi sukcesami rozpuściła nas i przyzwyczaiła do dominowania w światowej czołówce, jest w trakcie najtrudniejszego sezonu w życiu, o czym sama kilka razy mówiła mediom. Brak stabilnej formy, nerwy, fochy, chimery, frustracje… Wydawało się, że z „dawnej Igi”, która raptem rok temu wygrała najbardziej prestiżowy Wimbledon, demolując w finale rywalkę 6:0, 6:0, zostały tylko wspomnienia. Zła passa była pożywką dla hejterów. Na początku sierpnia do grona agresywnych krzykaczy dołączyła znana psycholog Ewa Woydyłło, nazywając Świątek w internetowym wywiadzie „głupiutką i wystraszoną”. Rozmowę niedługo później usunięto z sieci. Pozostawiono przeprosiny. Ripostę dała też sama zawodniczka. I to w najlepszy możliwy sposób.
Ósma rakieta świata
Nie jako faworytka i liderka rankingu WTA, ale ósma rakieta świata. Z takiej pozycji startowała w Toronto Polka, która w ostatnich miesiącach w tajemniczy sposób gdzieś zatraciła moc do wygrywania najważniejszych starć. Tenis, zwłaszcza kobiecy, bywa nieprzewidywalny i typowanie wyników często jest wróżeniem z fusów. Świątek, choć przechodziła przez kolejne rundy, grała w kratkę. Potrafiła niemiłosiernie męczyć się w 1/8 finału z Ukrainką Martą Kostjuk, żeby zaraz później jak walec rozjechać Rosjankę Dianę Sznajder. Ostatecznie zameldowała się w finale, gdzie czekała na nią Jelena Rybakina, grająca pod flagą Kazachstanu. W meczu o wszystko Świątek pokazała najlepszą odsłonę siebie. Iga na kort wyszła nie tyle naładowana, ile wręcz nabuzowana energią i skupiona na celu. Wygrać bez zaprzątania sobie głowy czymkolwiek innym! Z kolei Rybakina sprawiała wrażenie zmęczonej i zniechęconej. Wynik takiej konfrontacji mógł być tylko jeden i po godzinie z hakiem nasza zawodniczka mogła rozpocząć świętowanie. Gołym okiem widać było wielkie emocje, jakie dusiła w sobie przez ostatni czas. Wrzask radości, zaciśnięta pięść i sugestywne wskazywanie palcem na głowę – te obrazki zapamiętamy z finału w Toronto.
– Dla mnie zwycięstwo w Toronto to więcej niż tylko kolejny wynik w turnieju. Dziś chcę zadedykować ten tytuł wszystkim, którzy mierzą się z niesprawiedliwą oceną, negatywnością i hejtem – czy to w sporcie, czy w innym obszarze życia. Wiem, jak przytłaczające potrafi to być. Pamiętajcie, to nie czyjeś opinie Was definiują. Do wszystkich, którzy podążają swoją drogą – nie zatrzymujcie się. Tylko Wy wiecie, ile wysiłku i poświęceń za tym stoi. I zobaczcie, gdzie jestem dzisiaj wieczorem… – napisała na gorąco po meczu w mediach społecznościowych zwyciężczyni tegorocznego WTA 1000 Toronto.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Iga Świątek już wróciła na właściwe tory i wróci do seryjnego wygrywania jak dawniej. Wiadomo, że przesunęła się o kilka miejsc w rankingu WTA, wskakując na piątą pozycję. Wydarzenia z Toronto powinny być potężnym i wyczekiwanym bodźcem, żeby rozprawić się z niszczącymi ją demonami. A słowa po finale, żeby dały do myślenia jej zawsze chętnym do głośnego zabierania głosu krytykom. Przed zbliżającym się wielkimi krokami wielkoszlemowym US Open (turniej potrwa od 30 sierpnia do 13 września) błyskawicznie odżyły nadzieje, że jeszcze będzie pięknie. Ważne, żeby nasze oczekiwania równie prędko nie przerodziły się w bezpardonowe ataki na – nie zapominajmy! – najlepszą polską tenisistkę w historii.