R E K L A M A
R E K L A M A

Lekarz milioner. Dawid Kacprzyk podczas dyżurów chodził na spotkania medialne

28-letni medyk i zarazem radny Koalicji Obywatelskiej, Dawid Kacprzyk, wszedł w środek burzy, którą sam – świadomie lub nie – rozpętał. Historia zaczęła się niewinnie – od liczb, które miały imponować. Z dokumentów przedstawionych przez Warszawski Szpital Południowy wynika bowiem, że w 2025 roku miał przepracować łącznie 3976 godzin. To oznacza średnio 331 godzin miesięcznie, czyli ponad 10 godzin dziennie – bez ani jednego dnia przerwy przez cały rok! Z jego oświadczenia majątkowego wynika, że w tym samym czasie osiągnął ponad 1,5 miliona złotych dochodu z działalności medycznej. Po ujawnieniu tych informacji Kacprzyk został zwolniony ze szpitala, a po kilku dniach zrezygnował z funkcji radnego. Skorygował 33 faktury, a na konto szpitala zwrócił pół miliona złotych.

Fot. Wikimedia, X

Pod lupą

Dane te wzbudziły poważne wątpliwości nie tylko opinii publicznej, ale także środowiska lekarskiego. Naczelna Izba Lekarska zdecydowała się na formalny krok i złożyła zawiadomienie o podejrzeniu opuszczenia dyżuru. Stołeczny ratusz poinformował, że wyniki pilnego audytu przeprowadzonego w Szpitalu Południowym potwierdziły nieprawidłowości w pracy lekarza. Szpital szykuje w tej sprawie zawiadomienie dotyczące oszustwa. Chodzi o sytuacje, w których – według doniesień medialnych – zaplanowane godziny pracy mogły pokrywać się z aktywnością publiczną i polityczną Kacprzyka. W przestrzeni medialnej pojawiły się zdjęcia i relacje ze spotkań oraz wydarzeń, w których uczestniczył jako radny, w czasie gdy – zgodnie z grafikami – powinien znajdować się na dyżurze. Sam lekarz odniósł się do sprawy, podkreślając, że jego praca była rozliczana zgodnie z obowiązującymi zasadami. – Wszystkie moje dyżury były realizowane zgodnie z harmonogramem, a ewentualne zmiany wynikały z ustaleń wewnętrznych i potrzeb oddziału – przekonywał w jednym z oświadczeń. Nie rozwiał jednak wątpliwości dotyczących tak ogromnej liczby przepracowanych godzin. W tle pojawia się również kwestia finansów. 1,5 miliona złotych dochodu z działalności medycznej za rok 2025. To kwota, która – choć możliwa do osiągnięcia w prywatnej praktyce lub przy intensywnych dyżurach – w zestawieniu z liczbą godzin pracy rodzi pytania o realność przedstawionych danych. Sprawa szybko nabrała wymiaru politycznego. Jako radny KO, Kacprzyk stał się obciążeniem wizerunkowym dla swojego środowiska. Władze ugrupowania zdystansowały się od sprawy, podkreślając konieczność jej tr ansparentnego wyjaśnienia. W kuluarach mówi się o odsunięciu młodego polityka od części aktywności publicznych do czasu zakończenia postępowań.

Nie jest to jednak wyłącznie historia jednego człowieka. Sprawa Kacprzyka obnaża szerszy problem systemowy. W polskiej ochronie zdrowia wielogodzinne dyżury, praca ponad siły i łączenie kilku etatów nie są rzadkością. Lekarze często funkcjonują na granicy wytrzymałości, a system – zamiast to ograniczać – bywa na tym oparty. Różnica polega na skali. W tym przypadku liczby są tak wysokie, że przestają być wiarygodne. Eksperci podkreślają, że nawet jeśli część godzin była formalnie rozliczana, kluczowe pozostaje pytanie o bezpieczeństwo pacjentów. Lekarz pracujący bez realnego odpoczynku staje się zagrożeniem, niezależnie od swoich kompetencji.

Postępowanie Naczelnej Izby Lekarskiej może zakończyć się skierowaniem sprawy do prokuratury, jeśli pojawią się przesłanki wskazujące na naruszenie prawa.

Etat czy kontrakt?

Ile więc tak naprawdę zarabiają lekarze w Polsce? Najnowsze dane pokazują obraz pełen kontrastów: między etatem a kontraktem, między początkiem kariery a jej finansowym szczytem. Z jednej strony mamy oficjalne, „podstawowe” stawki. Lekarz specjalista na etacie zaczyna od minimum 11,86 tys. zł brutto miesięcznie. Bez specjalizacji – 9,74 tys. zł, a stażysta – 7,77 tys. zł. To poziom, który dla wielu brzmi solidnie, ale już przy porównaniu z Zachodem robi się mniej imponująco. W Wielkiej Brytanii lekarz w trakcie specjalizacji zarabia średnio 54,3 tys. funtów rocznie, czyli około 22,1 tys. zł miesięcznie. Doświadczeni specjaliści osiągają tam od 24,1 nawet do 59,4 tys. zł miesięcznie. W Norwegii lekarz podstawowej opieki zdrowotnej dostaje około 32,2 tys. zł miesięcznie, a specjalista co najmniej 38,6 tys. zł. Dania? W trakcie specjalizacji 11,7–14,8 tys. zł, a specjalista około 35,6 tys. zł. Na tym tle Polska wygląda jak kraj „pośrodku drogi” – zarobki niższe niż na Zachodzie, ale i koszty życia wyraźnie mniejsze. Problem w tym, że ten obraz dotyczy głównie etatów. Bo prawdziwa finansowa opowieść zaczyna się dopiero przy kontraktach.

Mediana wynagrodzeń lekarzy specjalistów na kontraktach wynosi około 24,6 tys. zł brutto miesięcznie, podczas gdy na etacie – około 21,5 tys. zł. Jednak statystyka, jak to statystyka, wygładza rzeczywistość. W praktyce rozpiętość jest ogromna. Są lekarze zarabiający 7 – 10 tys. zł brutto, zwłaszcza bez specjalizacji, ale są też tacy, którzy przekraczają 100 tys. zł miesięcznie. Elita – ten finansowy „szczyt Himalajów” – sięga nawet 200 tys., a w skrajnych przypadkach kontrakty dochodzą do 300 tys. zł. Dyżury to osobny rozdział tej historii. Na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym stawki sięgają nawet 500 zł za godzinę, szczególnie w nocy czy święta. Nawet „niższe” 450 zł za godzinę przy 240 godzinach pracy w miesiącu daje 108 tys. zł brutto. Specjaliści zwykle mieszczą się w widełkach 150 – 350 zł za godzinę, a rezydenci – od 75 do 110 zł.

Lekarze kontraktowi często korzystają z podatku liniowego 19 proc., co przy wysokich dochodach jest ogromnym przywilejem. Formalnie nie mają urlopu, ale w praktyce sami układają grafik – mogą więc odpoczywać wtedy, gdy chcą. Muszą mieć własne ubezpieczenie OC, choć często zapewniają je izby lekarskie. Jest jednak druga strona tej monety. Brak etatu oznacza niższą emeryturę. Lekarz kontraktowy nie może liczyć na stabilne świadczenia na starość. Ale jeśli przez lata zarabia ponad 50 tys. zł miesięcznie, to – mówiąc brutalnie – ma z czego odkładać.

Spirala wynagrodzeń

Droga do takich zarobków jest jednak długa i wymagająca. Uzyskanie specjalizacji to lata nauki, praktyki i zdawania trudnych egzaminów. Problem w tym, że dostęp do najbardziej opłacalnych dziedzin bywa ograniczony – nie tylko przez liczbę miejsc, ale również przez silną konkurencję. Młodzi lekarze często muszą wybierać specjalizacje nie z powołania, lecz z dostępności. Wysokie wynagrodzenia kontrastują z ogólną kondycją systemu ochrony zdrowia. Pacjenci wciąż skarżą się na długie kolejki i utrudniony dostęp do specjalistów. Pojawia się więc pytanie: dlaczego przy tak dużych nakładach finansowych efekty są wciąż niezadowalające? Część ekspertów wskazuje, że problem leży nie w wysokości środków, lecz w sposobie zarządzania systemem. Według krytyków obecnych rozwiązań, mechanizmy takie jak automatyczna waloryzacja wynagrodzeń czy sztywne regulacje kadrowe prowadzą do patologii. Szpitale, zmuszone do spełniania określonych norm zatrudnienia, konkurują między sobą o specjalistów, oferując coraz wyższe stawki. To napędza spiralę wynagrodzeń, która niekoniecznie przekłada się na poprawę jakości usług.

Z drugiej strony pojawiają się głosy, że zarobki lekarzy w publicznym systemie powinny być bardziej powiązane z wynagrodzeniami w innych sektorach budżetówki. Trudno bowiem zaakceptować sytuację, w której lekarz zarabia wielo krotnie więcej niż najwyżsi urzędnicy państwowi. Taka dysproporcja podważa społeczne poczucie sprawiedliwości i zaufanie do instytucji publicznych. Nie brakuje również kontrowersji związanych z dodatkowymi, nieformalnymi źródłami dochodów. Choć skala tego zjawiska jest trudna do oszacowania, część pacjentów przyznaje, że zdarza się wręczać lekarzom pieniądze lub prezenty – czasem z wdzięczności, a czasem w nadziei na szybszą pomoc. Eksperci są zgodni co do jednego: samo administracyjne ograniczenie wynagrodzeń nie rozwiąże problemu. Może natomiast doprowadzić do protestów środowiska medycznego i jeszcze większych napięć w systemie. Kluczowe wydają się głębsze reformy – zmiana zasad finansowania, większa konkurencja oraz racjonalizacja wymagań kadrowych. Bez takich działań każda kolejna próba „naprawy” systemu może okazać się jedynie doraźnym rozwiązaniem, które nie przyniesie trwałej poprawy ani dla pacjentów, ani dla samych lekarzy. I właśnie tu pojawia się największy paradoks polskiej ochrony zdrowia. System przypomina organizm, który jedną ręką podaje kroplówkę, a drugą zaciska opaskę uciskową. Bo choć w środku krążą naprawdę duże pieniądze, pacjent wciąż stoi w kolejce do lekarza! 

2026-06-22

Beata Janiak