Najbardziej znane miasta i kurorty odczuwają to boleśnie. Wenecja, Santorini, Mykonos, Barcelona, Majorka czy Ibiza stały się symbolami turystycznej saturacji. Lokalne społeczności wyraźnie dają do zrozumienia, że chcą spokojniejszego życia. W Barcelonie mieszkańcy protestują nawet z pistoletami na wodę: „Miasto stało się ofiarą własnego sukcesu, miejscem najczęściej w Hiszpanii najeżdżanym przez gości, w którym własny dach nad głową jest dla statystycznego Hiszpana nieosiągalny”. W efekcie władze planują ograniczenie krótkoterminowych wynajmów. Podobne zjawiska obserwuje się w Grecji. Na Santorini i Mykonos wprowadzono specjalne opłaty dla turystów, podniesiono taksę klimatyczną i ograniczono liczbę łóżek w wynajmach krótkoterminowych. Wenecja z kolei wprowadziła bilety wstępu do centrum i limity dla wielkich wycieczkowców.
„Po wprowadzeniu opłat sytuacja stała się bardziej znośna, ale nie idealna”. Nieoczywistym przykładem jest Norwegia, która dzięki trendowi coolcation, czyli wakacjom na chłodno, stała się niezwykle popularna. Lofoty, znane z hodowli odpornych na pogodę owiec, zapełniają się turystami już od stycznia. Norweski rząd wprowadza nawet podatek turystyczny – 3 proc. od ceny każdego noclegu – aby częściowo złagodzić presję. Włochy stosują twarde reguły. W Portofino za zatrzymywanie się na selfie grozi 500 euro mandatu, nad jeziorem Garda za skok do wody z klifu – 700 euro. W Pompejach i Koloseum obowiązują limity wejściówek. Te ograniczenia pokazują, że turystyka masowa wciąż rośnie, a miejscowi walczą o własną przestrzeń.
Nie zawsze jednak oznacza to rezygnację z podróży. Coraz więcej turystów szuka miejsc mniej oczywistych – Albania, Czarnogóra, Węgry, Słowenia. Liczby są oszałamiające: w Budapeszcie liczba rezerwacji wzrosła o 143 proc., w Słowenii – o ponad 450 proc. Nowym odkryciem blogerów i ekspertów podróżniczych jest Uzbekistan, który jeszcze nie zdążył stać się gwiazdą Instagrama. Widać więc wyraźnie: turystyka w 2026 roku będzie rekordowa, ale nie wszędzie mile widziana.