Minister „Zero”
Jedni wyjeżdżali za chlebem, inni za wolnością, jeszcze inni po prostu po lepsze życie. Przemysław Czarnek mówił ostatnio, że wszystkich Polaków – licząc tych żyjących poza granicami kraju – jest aż 60 milionów. Liczba pewnie przesadzona, ale sam kierunek myślenia nie jest całkiem fałszywy. Emigracja to jeden z najbardziej trwałych elementów polskiego, międzypokoleniowego doświadczenia. Widać to choćby w Gdyni, w Muzeum Emigracji, gdzie tablica wmurowana w chodnik przypomina, że to właśnie stamtąd Witold Gombrowicz wypłynął do Argentyny. Cóż, w wypadku Zbigniewa Ziobry nikt takiej tabliczki nigdzie nie wmuruje. Nie tylko dlatego, że należałoby ją umieścić raczej na lotnisku niż w porcie. Także dlatego, że jego wyjazd nijak nie wpisuje się w polski los emigranta. Kolejne pokolenia Polaków opuszczały kraj z bólem, ze smutkiem, z poczuciem straty, czasem po prostu z cichą rozpaczą. Tymczasem mam wrażenie, że Ziobro wyjeżdżał, rechocząc. Wszystko, co działo się wokół jego sprawy w ostatnich miesiącach, próbował obrócić w żart. Z poważnych zarzutów robił farsę. Wsiadając do samolotu, najwyraźniej liczył na to, że przychylne mu telewizje zamiast marsza żałobnego podłożą pod tę scenę motyw z Benny’ego Hilla. Bo każde kolejne nagranie z przepychanki z policją, z lotniska czy z jakiegoś korytarza działa dziś na jego korzyść. Każdy taki obrazek odciąga uwagę od realnego ciężaru zarzutów i przesuwa całą sprawę z poziomu państwa, prawa i odpowiedzialności na poziom widowiska. A przecież zarzuty ciążące na Ziobrze są naprawdę poważne i warto podkreślać ich wagę na każdym kroku. Prokuratura chce postawić byłemu ministrowi 26 zarzutów związanych ze sprawą Funduszu Sprawiedliwości. Wśród nich są nie tylko nadużycie władzy, ale też kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Gdyby więc chodziło tylko o Fundusz Sprawiedliwości, Ziobro pewnie mógłby kiedyś wrócić i po odpowiednim czasie próbować odbudowywać pozycję. Ale przez Fundusz Sprawiedliwości kupił także Pegasusa i tu kończy się opowieść o zwykłym złodziejstwie, a zaczyna się o zamachu na państwo. Słynna amerykańska Watergate przy tym, co zrobił „minister Zero”, wygląda jak niewinny skandal z epoki analogowej. Tam podsłuchy były zakładane ręcznie, po włamaniu do budynku. Tu pojawiło się narzędzie pozwalające wejść człowiekowi do telefonu, z którego korzystano wyjątkowo skwapliwie. Dla każdego, kto uczciwie przyjrzał się tej aferze, jasne jest, że Zbigniew Ziobro i Mariusz Kamiński nie chcieli naprawiać III RP. Chcieli ją wydrążyć, upokorzyć i zastąpić czymś znacznie bardziej paskudnym: autorytarną wydmuszką zawieszoną gdzieś między Budapesztem a Mińskiem.
Do Mińska albo do Moskwy
Co więc się stanie ze Zbigniewem Z. po ewentualnym upadku rządu w Budapeszcie? Sondaże pokazują, że zwycięstwo przypadnie raczej opozycyjnej partii TISZA. Jej lider Péter Magyar pytany o to, co stanie się z Ziobrą i Romanowskim, gdy obejmie władzę, odpowiadał jasno: – Ekstradujemy ich pierwszego dnia, po czym dodał: – Myślę, że trafią do Mińska albo do Moskwy. Niestety, wbrew jego słowom, nie jest to takie proste. Wobec Romanowskiego Europejski Nakaz Aresztowania już wydano. Wobec Ziobry postępowanie w sprawie wydania ENA wciąż trwa, a wszystko wskazuje na to, że do wyborów na Węgrzech może po prostu nie zostać zakończone. To ważne, bo Ziobro stracił już paszport, ale samo unieważnienie paszportu nie zamyka mu jeszcze automatycznie drogi do poruszania się po strefie Schengen, gdzie obywatel Polski może podróżować również na podstawie ważnego dowodu osobistego. To z kolei otwiera Zbigniewowi Ziobrze dostęp do niemal wszystkich portów zachodniej Europy. Piszę o tym dlatego, że kompletnie nie wierzę w jego ucieczkę na Wschód. Owszem, zrobił to Tomasz Szmydt, kolega Ziobry, który okazał się białoruskim szpiegiem, ale Ziobro to jednak pięterko wyżej, a od czasu historii Szmydta trochę się zmieniło. Mówiąc brutalnie, Białorusini albo Rosjanie mogliby go dziś powiesić dla zabawy, bo na żadne sensowne układy z polską prawicą – poza Braunem – już nie liczą. Nie sądzę, żeby człowiek podróżujący z żoną i dzieckiem chciał aż tyle ryzykować, nawet jeśli podskórnie bardzo podoba mu się sposób, w jaki urządzone są tamte państwa.
A może Waszyngton i Tel Awiw?
Prawicowemu politykowi, który chciałby jeszcze kiedyś wrócić do poważnej gry, zostały dziś dwa sensowne kierunki: Waszyngton i Tel Awiw. Do obu da się dopłynąć, co w tej historii ma znaczenie. Nawet jeśli europejski nakaz aresztowania spadnie Ziobrze na głowę za późno, już po wypłynięciu, to nadal może próbować dotrzeć do któregoś z zaprzyjaźnionych portów i dopiero tam wystąpić o azyl. Najbardziej prawdopodobny wydaje się Waszyngton. Elity pisowskie od dawna są przecież zakochane w Donaldzie Trumpie, a sam prezydent USA publicznie poparł Karola Nawrockiego przed wyborami. Dominik Tarczyński, traktowany nawet we własnej partii jak polityczny ekscentryk, regularnie występuje w amerykańskiej telewizji i prawicowych podcastach. Z kolei Jacek Kurski, który w 2011 roku razem z Ziobrą zakładał Solidarną Polskę, od roku mieszka z żoną pod Waszyngtonem. Niewykluczone, że kupując tam nieruchomość, myślał nie tylko o wygodzie, ale też o zabezpieczeniu na czarną godzinę, gdyby i po niego przyszła kiedyś prokuratura. Co więcej, obecny kurs USA jest po prostu antybrukselski. Bez większego trudu wyobrażam sobie republikańskich kongresmenów, którzy choćby w ramach rewanżu za to, że rząd Tuska nie poszedł z nimi na całego w wojnę z Iranem, powitaliby Ziobrę w Ameryce bardzo serdecznie. Mniej prawdopodobnym kierunkiem jest Izrael. Owszem, premier Binjamin Netanjahu pod wieloma względami myśli jak pisowiec. Żywi się konfliktem, polaryzacją i stanem permanentnego napięcia, a kolejne wojny są mu potrzebne także po to, by nie robić wyborów. Gdyby je zrobił, najpewniej by przegrał, a wtedy znów trzeba byłoby rozmawiać o jego procesach i własnych kłopotach z prawem. Tyle że z Izraela dużo trudniej wrócić do polskiej polityki niż z Waszyngtonu. Trudniej też sprzedać taki adres własnemu elektoratowi, bo niechęć wobec państwa żydowskiego jest na polskiej prawicy zjawiskiem powszechnym. Oczywiście, jako wyborca i obywatel, liczę na to, że Ziobro po prostu nie zdąży uciec z Węgier. Omsknie mu się ręka przy domykaniu walizki, wróci jeszcze do hotelowego pokoju po jakieś papiery, a w tym czasie nowy premier spełni swoją obietnicę i były minister sprawiedliwości stanie przed polskim sądem.