Bez rewolucji nie oznacza jednak pozostawienia tego, co było. Przeciwnie, na pierwszy rzut oka Clio numer pięć i numer sześć to zupełnie różne samochody. O kompletnie innej stylistyce. I właśnie wygląd zewnętrzny nowej odsłony stał się tematem zajadłych dyskusji ludzi zainteresowanych motoryzacją. Zanim odebrałem kluczyki prasowego egzemplarza, zdążyłem się nasłuchać od kolegów dziennikarzy i naczytać internetowych komentarzy, jak to bardzo Francuzi „popsuli Clio”. Nie do końca chciało mi się wierzyć, znając potencjał francuskich stylistów i ich zamiłowanie do dopieszczania zwłaszcza małych aut… Jasne, widziałem wcześniej zdjęcia wyczekiwanej nowości, ale wiedząc, jak efektownie wykonane fotografie potrafią zakłamywać rzeczywistość, wolałem zaczekać z wydaniem osądu, żeby ewentualnie podyskutować o tym, o czym teoretycznie się przecież nie dyskutuje. Gusta, guściki…
Na placu przed warszawskim salonem czekały dwa egzemplarze. Pierwszy, w rewelacyjnym czerwonym kolorze przypominającym słynny odcień Mazdy, prezentował się kapitalnie. Drugi, szary, nie zwracał na siebie aż takiej uwagi, ale z pewnością nie zasłużył na to, żeby wytykać mu brzydotę. Szybko zrozumiałem, co wzbudziło kontrowersje i czemu nowe Clio jest rzekomo takie szkaradne. Zapewne poszło o front pojazdu – z bardzo dużą atrapą chłodnicy na kształt rozdartej paszczy, która wcale mnie nie przeraziła.
Subskrybuj