Słysząc o mikrokawalerkach, czyli mieszkaniach o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, miałem kłopot z wyobraźnią. Z kilkunastu ogłoszeń na terenie Warszawy wynikało, że na tak skromnej powierzchni zawsze znajdzie się łazienkę z prysznicem, aneks kuchenny, część sypialnianą. Padały też hasła o komforcie. Często podkreślano dodatkowe luksusy, jak pralkę, mikrofalówkę, telewizor, duże szafy. Niektórzy wynajmujący szczycili się nawet… oknem. Oferty, okraszone licznymi zdjęciami, kusiły cenami zdecydowanie niższymi niż za klasyczne kawalerki. Klasyczne, a więc o „normalnym” metrażu – minimum 25 metrów kwadratowych – kosztują w stolicy co najmniej 2500 złotych miesięcznie (bez czynszu i dodatkowych opłat). Zdając sobie sprawę, że papier wszystko przyjmie, a robienie zdjęć z odpowiednich perspektyw, korzystając z szerokokątnych obiektywów, potrafi fałszować rzeczywistość, sprawdziłem dwie propozycje.
Osiedle Rakowiec, 12 m2, wynajem 1800 złotych
Dodatkowe opłaty: 400 złotych czynsz dla administracji i zaliczka na prąd 100 złotych. Kaucja – 2500. W ogłoszeniu: „salon z aneksem kuchennym, korytarz z przestronną szafą, łazienka z toaletą oraz kabiną prysznicową”.
Na oględziny umawiam się z obecnym najemcą, a nie właścicielem, który w bardzo uprzejmej rozmowie telefonicznej zapewnia, że lokator na pewno dostosuje się do terminu, bo zależy mu na znalezieniu następcy. Bez tego nie rozwiąże podpisanej na rok umowy. Nie mówi po polsku, ale dobrze radzi sobie z angielskim. Na miejscu wyjaśnia się, że jest Gruzinem, na oko lekko po trzydziestce. Okazuje się, że to zupełnie nowy blok, w którym trwają remonty. Winda wiezie nas na piąte piętro. Słyszę hałas wiertarki, ale dowiaduję się, że na co dzień wcale nie jest tak głośno. – Chyba że za ścianą uprawiają seks! – śmieje się obcokrajowiec. Otwiera pierwsze drzwi, za którymi wyłania się korytarz i kolejne trzy pary drzwi. Z oddzielnymi zamkami. Jasne staje się, że z jednego mieszkania „wyczarowano” trzy. Wszystkie są obecnie zajęte. W jednym mieszka młoda Polka, w drugim Ukrainiec. Podobno nie wchodzą sobie w drogę, nie robią problemów, a – jeśli zdecyduję się na wynajem – sąsiad z Ukrainy pomoże załatwić tani internet.
Mikrokawalerkę otwiera wąski korytarz z dużą szafą po prawej. Po lewej drzwi do zaskakująco dużej i zupełnie normalnej łazienki ze sporą kabiną prysznicową. Powstała według oryginalnego deweloperskiego projektu. Sercem lokalu jest pokoik z małym, rozkładanym fotelem. Mężczyzna gwarantuje, że choć jestem od niego trochę większy, spokojnie się zmieszczę. Pod oknem z widokiem na nieużyteczny balkon (drzwi wyjściowe prowadzą z sąsiedniej mikrokawalerki) stoi biurko z komputerem. Przeciwną ścianę zajmuje aneks kuchenny, czyli blat ze zlewem, małą płytą elektryczną, okapem i lodówką. Po kilku minutach rozmowy – Gruzin tłumaczy, że nie żyje się źle, ale poznał dziewczynę, chcą zamieszkać razem, a tu nie ma na to szans – w lokalu robi się duszno. Pomaga uchylenie okna (na zewnątrz panuje srogi mróz) i otworzenie drzwi na klatkę. Nie myślę, żeby ktokolwiek miał cokolwiek smażyć w kuchni ze względu na kłopot z wentylacją i dostępem świeżego powietrza. Gdy staliśmy obok siebie, na środku pokoiku, wyraźnie doskwierało to, że nie da się usiąść czy choćby o krok zmienić położenia. Ciasnota, wyłącznie dla jednej osoby. I to o silnej psychice, bez skłonności klaustrofobicznych.
Subskrybuj