„Gada pan od rzeczy, panie premierze…” (1)
CPN czy CPK?
Codzienna walka rządu z prawicą, na której czele stanął p.o. prezydenta Karol Nawrocki: Czy górą będzie CPN (ceny paliwa niżej), czy też CPK, tłumaczone przez stronę rządową jako Ceny Paliw Karola…
Ceny paliw, jako krwiobieg gospodarki, spędzają nam sen z oczu. Czy powinny? Ceny te w Polsce kształtują się w grupie najniższych w Europie, mniej płacą Rumuni i Bułgarzy. Polak ma tendencję do narzekania i zrzucania wszystkich win na rządzących (tak czy owak winien Nowak). Posiadamy ponad 23 mln pojazdów osobowych, na tysiąc mieszkańców przypada 0,6 samochodu albo inaczej – jeden jest w każdej rodzinie. A wiele rodzin ma dwa samochody lub więcej. I to wszystko przy dobrze rozwiniętej komunikacji publicznej. Bo synek też musi pojeździć.
Kiedy więc czytam sondaże, że tylko 40 proc. rodaków jest zadowolonych z poziomu życia, a ponad połowa nie, to pytam: Czy nam się przypadkiem w głowach nie poprzewracało? I mam gotową odpowiedź: Nie, po prostu nasze aspiracje życiowe wyprzedziły rzeczywistość (…).
Obniżki cen paliw nie mają nic wspólnego z racjonalnością, a wynikają wyłącznie z politycznych gierek. I z sytuacji międzynarodowej. Otóż chyba tylko Czytelnik ANGORY z Radzewic, pan Grzegorz Konieczny („Gada pan od rzeczy, panie premierze…” ANGORA nr 34), uważa, że napaść na Iran i wojna na Bliskim Wschodzie nie mają znaczenia dla cen węglowodorów, ale prawda leży gdzie indziej. Choćby w umiłowanej przez prawicę Ameryce, w gloryfikowanych przez Karola Nawrockiego poczynaniach prezydenta Donalda Trumpa. Ten bowiem przyznał, że wojna ta wpłynęła na podwyżkę cen paliw w Ameryce o 30 procent. I tak jest niemal na całym świecie.
Polska, chcąc nie chcąc, płaci jak za zboże za straty materialne Amerykanów i zamknięcie cieśniny Ormuz. Nasz rząd nie jest w ciemię bity i uwzględniając społeczne oczekiwania, zabiera jednym płatnikom podatku, a dodaje innym (posiadaczom pojazdów), byle sondażowe notowania nie spadały. Pamiętamy, jak Czarnek i Morawiecki po każdorazowym dorwaniu się do głosu gardłowali: Ten rząd Tuska drenuje kieszenie Polaków, to złodzieje, muszą odejść, mamy najdroższą w historii benzynę! I co miał zrobić rząd po totalnej krytyce, gdy za przeciwnika miał 23 miliony posiadaczy pojazdów mechanicznych?
Uległ. Kolejne miliardy, zamiast na onkologiczne leczenie dzieci albo walkę z ubóstwem i zacofaniem, trafiły do kieszeni posiadaczy pojazdów. A nie musiały, bo mamy całkiem niezłą sieć komunikacji publicznej i każda rodzina nie musi posiadać dwóch samochodów. A niekiedy jest i trzeci dla córki studentki. Na koniec owe 5,19 zł za litr paliwa. Nie wiem, kiedy i przy kim premier to palnął, ale przecież premier rządu nie ustala cen towarów i usług. Tutaj może mieć rację pan Konieczny z Radzewic, że premier, bywa, gada od rzeczy, co zdarza się każdemu. Ale ten premier i ten rząd nie mają na sumieniu rozkradzenia 180 mln zł z Funduszu Sprawiedliwości, bo to domena zbiegów – złoczyńców Ziobry i Romanowskiego.
Ten rząd nie ma na sumieniu roztrwonienia 120 mld zł, o co rządy prawicy oskarża Krajowa Administracja Skarbowa. Zatem nie ten rząd składa się z łajdaków, bo przecież nie mówimy o posłach Romanowskim, Ziobrze, Mejzie, Mateckim czy Kowalskim. To akurat zasłużeni członkowie partii prezesa Kaczyńskiego. Z nadzieją, że o tym będziemy pamiętać przy urnach wyborczych, pozdrowienia dla wszystkich czytelników ANGORY. HENRYK KIN, Białystok
„Gada pan od rzeczy, panie premierze…” (2)
SAFE i paliwa
W ostatnim czasie wydawało się, że dyskusja na temat SAFE nieco przycichła, jednak lokator dużego pałacu ponownie ją podkręcił, przeciwstawiając ten program hasłu: „Bóg, Honor, Ojczyzna” podczas uroczystości 15 sierpnia.
Czy zatem należy rozumieć, że – zamiast podnosić poziom uzbrojenia naszej armii – wystarczy honorowo się pomodlić, a Bóg nas obroni, bez potrzeby pozyskiwania i wydawania pieniędzy na sprzęt dla polskich żołnierzy? Pamiętajmy, że nawet podczas Cudu nad Wisłą Polacy nie walczyli gołymi rękami.
Przy tej okazji chciałbym powrócić do mojego listu sprzed kilkunastu tygodni, w którym uprzejmie sugerowałem Panu Grzegorzowi Koniecznemu posłużenie się kalkulatorem bądź abakusem, celem znalezienia różnic pomiędzy kosztami programu SAFE, realizowanego przez rząd KO, oraz kosztami pożyczek z Korei Południowej i USA, zaciąganymi przez rząd PiS. Tym razem pozwolę sobie uprzejmie zasugerować Panu Koniecznemu, autorowi listu „Gada pan od rzeczy, panie premierze…” (ANGORA nr 34), spojrzenie w kalendarz i zorientowanie się, czy podczas zarządzania Orlenem przez Daniela Obajtka toczyła się już wojna USA z Iranem, wpływająca w znacznym stopniu na cenę ropy.
Wszyscy wiemy, że ówczesna sytuacja na rynku paliw pozwoliła na chwilowe obniżenie ceny benzyny do 5,19 zł za litr, jednak aby zatankować, trzeba było mieć trochę szczęścia, żeby nie podjechać pod jeden z wielu w tym czasie dziwnym trafem uszkodzonych dystrybutorów.
Obecne szaleństwo lokatora Białego Domu doprowadziło do takich zawirowań na rynku ropy, że nie wiadomo, jak wysokie jeszcze będziemy ponosić koszty paliw. Natomiast co do jednego zgadzam się z Panem Grzegorzem – wybierzmy w przyszłości ludzi mądrych i uczciwych, a nie takich, którzy mamią chorych pseudoterapiami za ciężkie pieniądze, biegają po dachu Sejmu, rozbijają się po drogach bez szacunku dla przepisów, odnoszą się prostacko do dziennikarzy, kradną na potęgę i uciekają potem z kraju jak szczury… itd., itp. Tylko czy to się uda? Bardzo wątpię. WITOLD SONIEWICKI
Co mi w duszy gra…
Czy to już preludium?
Wśród moich znajomych są osoby, które trafnie przewidują, co nastąpi w niedalekiej przyszłości. Kilkakrotnie osobiście przekonałem się o trafności tych przewidywań. Usłyszałem mianowicie od jednej z tych osób: „Oby się moje słowa obróciły w g…o, ale jak tak dalej pójdzie, to nasi sąsiedzi, i nie tylko, przyjdą z pomocą, by, jak to drzewiej bywało, ci krnąbrni Polacy sobie łbów nie pourywali”, a także: „Nie daj Boże powrotu PiS-u do władzy, bo wtedy to już żegnaj się, d..o, z portkami”.
Do wyborów jeszcze sporo czasu, ale już dziś trzeba mobilizować zwolenników koalicji demokratycznej do bezwzględnego udziału w głosowaniu. W przeciwnym razie obudzimy się z ręką w nocniku. Pisowcy już pokazali, co potrafią: dziś trzeba zapłacić sześć miliardów złotych za nieodebrane szczepionki (co za geniusz zamówił taką ilość?!); jak określić poziom intelektualny gościa, który awanturuje się w samolocie, że podano mu niemieckie masło?; Przemysław Czarnek, który krytykuje fotowoltaikę, a sam ma na dachu panele; Jarosław Kaczyński, który rozhulał swoich „żołnierzy” tak, że zerwali mu się ze smyczy i teraz trudno ich okiełznać; na lokatora z Pałacu Prezydenckiego nie ma co liczyć, bo on ma jeden cel – zniszczyć obecną władzę, nie licząc się z konsekwencjami.
Jest to niemoralne, niepatriotyczne i destrukcyjne. Może ów człowiek, posiadający wiedzę historyczną, dojrzy wreszcie w swoim postępowaniu niebezpieczeństwo dla naszej ojczyzny – jego i mojej? Ludzie, którzy stracili wiarę w skuteczność obecnej władzy i skłaniają się w kierunku Konfederacji, niech przypomną sobie to, czego uczy nas historia – jakie skutki mogą wyniknąć z takiego brunatnego sojuszu. Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo.
Ostatnio bardzo wiele państw zawiera między sobą umowy, sojusze, porozumienia bez udziału Polski. To dowodzi, że „dla Polaków wszystko, ale z Polakami nie zawsze jest po drodze”. Mamy w świecie opinię, delikatnie mówiąc, niepoważnych, z którymi trzeba ostrożnie się bratać. I jeszcze jedna sprawa – nie wiem, czy słusznie myślę. Ludzie, którzy krzyczą, że jak dojdą do władzy, to obecną ekipę rządzącą wsadzą za kratki. Ale to są groźby karalne! Zatem to oni powinni trafić za kratki.
Uff, tak jak Babci Helence w jednym z listów, tak i mnie ulżyło po napisaniu tych wszystkich słów. To, co się dzieje wokół nas, czasami wymaga wentyla. Z wyrazami szacunku dla Redakcji i Czytelników CZYTELNIK JAN
Jak powstał ukraiński nacjonalizm przeciwko Polsce
In memoriam
Kiedy będziecie we Lwowie i wybierzecie się na historyczny Cmentarz Łyczakowski, to idąc na prawo na skos do góry dojdziecie do skrzyżowania i tam, skręcając w prawo, pójdziecie w kierunku Cmentarza Orląt, na którym pochowani są Polacy, którzy zginęli w walkach z Ukraińcami w 1918 roku w obronie polskości Lwowa oraz w innych bitwach z Ukraińcami. Idąc w tym kierunku, po prawej stronie zobaczycie Mauzoleum poświęcone m.in. Strzelcom Siczowym i żołnierzom „armii halickiej”, którzy w tej samej wojnie zginęli za prawo odbudowy na Ukrainie Zachodniej własnego państwa ukraińskiego.
I jedni, i drudzy z moralnym zaangażowaniem i prawdziwym patriotyzmem walczyli i ginęli za swoje marzenia o własnej Ojczyźnie.
Dla wyjaśnienia należałoby podać, że Strzelcy Siczowi to była ochotnicza formacja powstała w 1914 roku – analogiczna do Polskich Legionów formowanych również w 1914 roku. W latach 1918 – 1919 Strzelcy Siczowi w wojnie polsko-ukraińskiej walczyli przeciwko Polakom. Z kolei Orlęta Lwowskie to poetyczna nazwa ochotników polskich, którzy spontanicznie przystąpili do obrony Lwowa w listopadzie 1918 roku przeciwko Ukraińcom. Nazwa ta pochodziła stąd, że w ich szeregach walczyło bardzo wielu młodych ludzi, niepełnoletnich uczniów i studentów oraz dzieci.
Przypatrzmy się sytuacji prawnej i politycznej ziem wschodnich Galicji. Austro-Węgry, zaborca tych ziem, rozpadają się jako państwo. Poszczególne narody wchodzące w jego skład podejmują działania tworzenia własnych państw narodowych. Ziemie Galicji Wschodniej, Bukowiny oraz Zakarpacia z prawno-państwowego punktu widzenia są niczyje. Nie podlegają żadnej władzy państwowej. Tereny te zamieszkane są przez obywateli różnych opcji narodowych: Polaków, Ukraińców, Żydów, Niemców, Austriaków itp. Jednocześnie, gdzieś ze Stanów Zjednoczonych, dociera głos ich prezydenta o prawie narodów do samostanowienia.
Polacy i Ukraińcy, niezależnie od siebie, zabierają się do tworzenia struktury państwowej na tym terenie i przejęcia władzy. 1 listopada 1918 roku Ukraińcy powołali Zachodnioukraińską Republikę Ludową ze stolicą we Lwowie, obejmującą wschodnią część Galicji, Bukowinę i Zakarpacie. W obronie polskości Lwowa wystąpiła samoobrona nazwana potem Orlętami Lwowskimi, gdyż regularnych oddziałów polskich jeszcze tam nie było. Dopiero potem z Polski nadeszła pomoc wojskowa.
W ponadsiedmiomiesięcznej wojnie zginęło 10 tys. Polaków i 15 tys. Ukraińców. Wojna ta zakończyła się wyparciem wojsk ukraińskich poza rzekę Zbrucz (graniczna rzeka na wschodzie Ukrainy Zachodniej). Przypomnijmy, że państwowe władze Polski powstały formalnie dopiero 18 listopada 1918 roku. W tym zwarciu dwóch narodów w walce o swoją niepodległość na tym terytorium wygrała militarnie Polska, gdyż była silniejsza. I w tym kontekście jakoś nigdzie nie spotkałem się, nawet wśród wysoko postawionych na urzędach doktorów historii, refleksji o sile lub racji społeczno-narodowych.
Po stronie Ukraińców w duszach części tej społeczności pozostał osad pamięci o przegranej niepodległości, stanowiący żyzny podkład do wykiełkowania antypolskiego nacjonalizmu. W logice naukowej i dnia codziennego funkcjonuje coś, co jest nazywane „związkiem przyczynowo-skutkowym”. Jest to wnikliwe zastanawianie się o uwarunkowaniach przed podjęciem ostatecznej decyzji w konkretnej sprawie, przy równoczesnym przemyśleniu skutków jej podjęcia. Z praktyki znają tę zasadę ludzie wielu zawodów.
Niestety, czasami mamy na bardzo wysokim stanowisku ludzi, nawet z doktoratem z historii, którzy w swoich decyzjach zachowują się tak, jakby tej zasady nie znali i nie rozumieli. Bo przecież niechęć, a nawet wrogość jednej nacji do drugiej z czegoś się bierze. W tekście podałem jedną z przyczyn. A jest ich jeszcze kilka. ANDRZEJ KROWIAK
Polska, Ukraina i Powstanie Warszawskie
Świat w oczach belfra
Nasunęła mi się ostatnio refleksja, którą chciałabym się podzielić z czytelnikami ANGORY.
Mam ponadczterdziestoletnie doświadczenie nauczania historii i wiedzy o społeczeństwie, a więc przedmiotów, gdzie dyskusja i wysłuchanie obu stron są kluczowe. Zestawienie w tytule może dziwić. Stosunki polsko-ukraińskie to długa i trudna historia dla obydwu stron. Jak w każdej ocenie historii trzeba zachować obiektywizm, chociaż jest on bardzo trudny, a dla niektórych wręcz niemożliwy, czego jesteśmy świadkami podczas burzliwych dyskusji. Czas i okoliczności mogą zmieniać nastawienie stron do dyskusyjnych kwestii. Tak było po wybuchu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Ruszyliśmy z zorganizowaną i spontaniczną pomocą. Jako Polacy i sąsiedzi Ukraińców mamy w tym największy i bezpośredni udział. Znajomi przygarnęli babcię z wnuczką na kilka miesięcy, ja jako wolontariuszka przygotowywałam dzieci ukraińskie do nauki w polskiej szkole. Uczniowie i nauczyciele w moim liceum organizowali pomoc rzeczową, mając już wieloletnie doświadczenie we wspieraniu polskiej szkoły na Białorusi. Takich przykładów można przytoczyć wiele, ale nie o to chodzi.
Co się takiego wydarzyło, że zaszła tak wielka zmiana w stosunku do tej pomocy? Na „zmęczenie materiału” nałożyło się zaognienie sprawy rzezi wołyńskiej podsycone niefortunną decyzją prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia Bohaterów UPA i ze strony polskiej odebraniem mu Orderu Orła Białego przez prezydenta Nawrockiego. To, co rozpętało się dzisiaj, moim zdaniem, jest żenujące. I tu dochodzę do kwestii Powstania Warszawskiego. Czyżbyśmy zapomnieli, jak bardzo oczekiwaliśmy pomocy z zewnątrz. Zawiódł Zachód (tak naprawdę już w Teheranie), zawiodły oczekiwania na dalszą ofensywę Armii Czerwonej. Ale pamiętać powinniśmy, że odłożone zostały na bok spory ideologiczne i w powstaniu brały udział oddziały AL ramię w ramię z oddziałami AK. Ruszyli z pomocą żołnierze 3. Dywizji im. R. Traugutta walczącej wszak u boku Armii Czerwonej. Ludność cywilna wspomagająca powstańców też nie była jednolita politycznie. Wspólny interes walki z agresorem odłożył wszelkie spory. Obecnie ci, którzy nie pamiętają tych wydarzeń, ignorują także fakt, że Ukraina, przeciwstawiając się agresji Rosji na swój kraj, przeciwstawia się jej dla nas i dla całej Europy. Ktoś tu nie uczył się historii. W tym przypadku do myśli Cycerona: „Historia jest nauczycielką życia” ktoś trafnie dodał: „Tylko szkoda, że ma głupich uczniów”.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że moi uczniowie nie zasilają tej ciemnej masy, dla której liczy się tylko niepojęty i niezrozumiały własny interes. Jest mi po prostu wstyd za nich.
Powstanie Warszawskie mogło powstrzymać to, co stało się w Europie w imię partykularnych interesów. Czy wnioski, które skutecznie wyciągnęliśmy w 1989 roku, wznosząc się ponad podziałami, i pociągnęliśmy za sobą inne demoludy, mają iść na marne? STARY BELFER
Karmienie tłustych kotów na kontraktach
Doktory – milionery
W nawiązaniu do powszechnej dyskusji na temat doktorów milionerów pragnę dorzucić swoje trzy grosze.
1. Poradnie specjalistyczne (głównie prywatne, tj. niepubliczne, ale i publicznym nie brakuje bezczelności): skoro beneficjent ma zarobić jak najwięcej, bo ma płacone od pacjenta, to ustawia kolejkę przyjęć – co 10 minut. Czyli – jak NFZ płaci od łebka, to trzeba tych łebków zebrać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Ale pacjent musi się rozebrać do badania, przedstawić swe dolegliwości, lekarz musi go zbadać i opisać w dokumentacji, a także wystawić receptę, zwolnienie, skierowanie itp. Jakość takiej usługi jest wątpliwa.
2. Kiedyś pewien wicemarszałek województwa (odpowiedzialny za służbę zdrowia) „źle się poczuł”. Został przywieziony przez pracownicę urzędu, a skakało nad nim trzech ordynatorów. I co? I nic. Więc saloniki VIP-owskie nie są potrzebne, bo i tak władza – cytując klasyka – sama się wyżywi i zawsze sobie poradzi.
3. W pewnym białostockim szpitalu jest nadmiar lekarzy. Bo są etatowcy, którym szpital płaci zgodnie z umową o pracę, są rezydenci, którym płaci ministerstwo, i są wreszcie kontraktowcy z indywidualnymi stawkami, które wynegocjowali od dyrektora, a ten płaci im z pieniędzy, jakie dostaje od NFZ. I mamy oto prosty mechanizm. Im większą kontraktowiec wyżyłuje stawkę, tym dyrektor ma mniej pieniędzy na potrzeby szpitala, którym zarządza. Ale, jak dowodzi przykład neurochirurgów z Mogilna (i nie tylko), kontrakt jest indywidualny i zależy od dyrektora (a cóż prostszego jak umówić się na procent pod stołem?). Bo kluczowe jest słowo „zatrudnionych”. I jak się zapyta dyrektora: ilu lekarzy jest zatrudnionych na danym oddziale, to padnie jakaś liczba, która koresponduje z normami lekarz/liczba pacjentów na niego przypadających. Ale rezydenci i kontraktowcy nie są „zatrudnieni”, chociaż wykonują identyczną robotę. W ten sposób na statystycznego lekarza przypada 3 pacjentów zamiast np. 10. I teraz powstaje pytanie: dlaczego dyrektor bierze kontraktowców spoza szpitala na SOR, którzy generują gigantyczne kominy płacowe, skoro te obowiązki mogliby z powodzeniem wykonywać lekarze zatrudnieni na etacie? Jeżeli zlikwidowano by WSZYSTKIE kontrakty w szpitalu, to byłby wymierny, liczony na setki tysięcy (miliony?) złotych miesięcznie efekt finansowy, bo lekarze etatowi zrobiliby to samo i taniej. I to w ramach obowiązków służbowych. Ale mają kontrakt w innej firmie, a nie można być zatrudnionym na umowie o pracę i na kontrakcie u tego samego pracodawcy. I tak to się kręci… A dlaczego mamy kontrakty pielęgniarskie? Przecież są pielęgniarki etatowe. Podsumowując – karmienie tłustych kotów na kontraktach ma sens wyłącznie przy braku lekarzy. Ale skoro dyrektor sam jest lekarzem, to nie da zginąć kolegom na kontraktach… No i kontraktowiec z SOR może na noc pójść do domu albo „oczekiwać pod telefonem” (to tylko kwestia dogadania się), a płacone ma za 24 godziny. Kiedyś pewien dyrektor (już odwołany – ciekawe dlaczego?) chciał to uporządkować, stosując czytniki do kart magnetycznych. Ale szybko sobie z tym poradzono – jedna osoba logowała kilka kart, ale i tak te czytniki szybko się zepsuły. Przypadek?
4. A dlaczego na oddziałach ortopedii czy urologii istnieją spółki lekarskie, które generują olbrzymie koszty, i dlaczego te oddziały nie mogą działać w ramach etatów?
5. Dyrektorem pewnego szpitala w moim mieście jest utytułowany lekarz, nazwijmy go Iksiński. W tymże szpitalu funkcjonuje Klinika Neurologii, której kierownikiem jest Iksiński. Nieopodal jest NZOZ (ultrasonografia, elektromiografia, elektroencefalografia, tomografia komputerowa, rezonans, poradnia neurologiczna, rehabilitacyjna, stomatologiczna, ortopedyczna, neurochirugiczna), której właścicielem jest… no, kto? Iksiński (…)!
6. W świetle ostatnich wydarzeń dotyczących zapłaty za usługi medyczne żądanie zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia w stosunku procentowym do PKB jawi się wyjątkową bezczelnością. Pozwolę sobie zacytować innego klasyka: „Wystarczy nie kraść”. MICHAŁ WOŁODYJOWSKI