Pierwsze lata to ciągła walka o przetrwanie: nieregularne zlecenia, problemy z płynnością, wieczne braki zasobów.
– Nie było niczego, wszystko trzeba było zrobić samemu – wspomina jego syn Michał, podkreślając, że przedsiębiorczość ojca polegała bardziej na spontanicznym działaniu niż na planowaniu. Z czasem firma ZPUE zaczyna się rozwijać, zdobywa klientów, buduje reputację. Michał od najmłodszych lat obserwuje jej funkcjonowanie. Ale gdy sam bierze się do zarządzania, podejmuje bardzo kontrowersyjną decyzję: – Pierwszego dnia zamknąłem projekt, który prowadził mój ojciec.
Dochodzi do ostrego konfliktu i Michał opuszcza firmę. Wspomina z uśmiechem, że sytuacja przypominała fabułę słynnego filmu: – Mieliśmy swoją wersję „Sukcesji”, tylko bez kamer (…). Mentalnie czuję, że miałem wtedy rację. Tylko że cmentarze są pełne ludzi, którzy mają rację. Na pasach przechodzą, mając pierwszeństwo, i kończą na cmentarzu. Ja skończyłem na cmentarzu, bo jednak właścicielem był tata. Otwiera własną działalność gospodarczą, aby udowodnić samemu sobie, że nie jestem gapą w złotej klatce, tylko człowiekiem, który jest skuteczny, potrafi tworzyć, budować. Jednocześnie nakarmienie tego potwora ego sprawiło, że całkiem inaczej patrzyłem na tatę.
Minęły lata i ojciec zadzwonił z propozycją: – Jeżeli myślisz kiedykolwiek jeszcze o powrocie, to to jest dobry moment.
Wrócił, został prezesem, konflikty przycichły, różnice zdań pozostały: – My się dalej nie zawsze zgadzamy, tylko nauczyliśmy się z tym żyć.
Michał unika wizerunku idealnego lidera: – Jestem niedoskonałym biznesmenem, niedoskonałym menedżerem, niedoskonałym ojcem (…). Popełniłem mnóstwo błędów i pewnie jeszcze sporo przede mną.
Przedsiębiorstwo Wypychewiczów to dziś największy europejski producent stacji transformatorowych, majątek rodziny, według szacunków „Forbesa”, urósł do ponad 6 mld zł. Niestety, nie da się spocząć na laurach, bo jak mówi Michał, firma to nie jest coś, co się raz zbuduje i ma spokój, to ciągły proces.