R E K L A M A
R E K L A M A

Francja w ogniu. Upały zmieniają codzienne życie i kuchnię

Powiedzieć, że „Francja się poci”, to nic nie powiedzieć. Francja się dusi w szponach upałów, które nawet na południu kraju są czymś wyjątkowym. Po majowych nastały gorące czerwcowe dni. Temperatura przekracza 40 stopni Celsjusza. Paryż się topi jak lody wystawione na promienie słońca. Brakuje tchu. To jeden z powodów, dla których wiele restauracji i brasserie proponuje nowe letnie menu. Idziemy śladem kucharzy z Lyonu czy Marsylii, którzy mimo 50 stopni Celsjusza w ich świątyniach gotowania muszą tam sterczeć przy garach – proponują jednak nieco lżejsze dania, często sięgając do sztuki kulinarnej innych krajów, chociaż także i tej z Prowansji, gdzie również lato praży niemiłosiernie. 

Fot. Pexels

Kuchnia śródziemnomorska ma wiele atrakcyjnych propozycji na upalne obiady i kolacje. Główne postacie tego kulinarnego show, na przykład w Prowansji, to owoce. I oto bierzemy do ręki melony. Wąchamy je przy zielonych nasadkach – jeśli pachną, natychmiast lądują w koszyku. Jeśli pachną gruszkami, też dobrze. Gorzej, gdy nie mają żadnego zapachu, bo to znaczy, że długo leżały w chłodniach i nie będą najlepiej smakować. A może być jeszcze gorzej, mogą pachnieć naprawdę nieprzyjemnie. Wtedy trzeba je odłożyć. Arbuzy wybiera nie nos, lecz zgięty palec wskazujący. Pukamy nim w owoc. Jeśli odpowie głucho – jest dobry i dojrzały. Jeśli „odpowie dziarsko”, takim dźwięcznym tonem, będzie już nieco „serowaty”, czyli przejrzały. Z ananasa wyciągamy jeden liść z pióropusza. Jeśli wychodzi bez oporu, owoc jest soczysty i pyszny. A teraz melona obieramy ze skórki, kroimy na ćwiartki i ósemki. Na to kładziemy wędzoną szynkę: bajońską, hiszpańską albo z Aosty. Espelette. I niebo w gębie. Arbuza – potraktowanego specjalnymi nożycami, które pozwalają kroić go w kostki – okładamy kawałkami greckiej fety. Może być też malinka, może borówka, no i kawałek ananasa. Znów espelette albo cayenne. Zimne, wyjęte z lodówki owoce, tak przyprawione, są po prostu pyszne. 

Człowiek żyje, by biesiadować

Édouard Manet był autorem namalowanego w 1863 roku obrazu – oleju na płótnie. Dzieło zbulwersowało ówczesną opinię publiczną ze względu na jego „niemoralny” charakter. Takie pikniki na łonie natury są aktualne do dziś, choć oczywiście nie w takiej formie – jedna naga kobieta i dwóch mężczyzn ubranych po szyję, w zapiętych surdutach. Oczywiście nie mam tu na myśli zmiany układu na obrazie ani kwestii ubrania, czy raczej jego braku w przypadku niewiasty. Bardziej chodzi o ten koszyk z rozrzuconymi wiktuałami, obrus, a ta pomięta niebieska suknia to już pal sześć. Sedno tkwi w tym, że sama forma spędzania upalnego dnia na „śniadaniu na trawie” czy też obiedzie jest we Francji żywa do dziś. To jedna z ulubionych form biesiadowania – a przecież po to człowiek haruje i żyje, by biesiadować. A zatem: co podamy na takim śniadaniu na trawie? 

Wcześniej usmażone kalmary z marynowaną papryką. Kawałki smażonego kurczaka z mango. Może być sałatka z ośmiornicy z rozmarynem, cytryną i kaparami. Krewetki z majonezem własnej roboty, wcześniej ugotowane w pomidorach, albo małe smażone rybki w panierce – od makreli po maleńkie sardynki. Oczywiście na obrusie rozłożonym na trawie nie może zabraknąć wędlin, serów, no i wina oraz wody mineralnej. Tych ostatnich jest we Francji kilkadziesiąt gatunków, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli chodzi o wino – również. No i ciasteczka. Najlepiej kruche, ale powinny być obecne – tak samo jak owoce. 

2026-06-30

Marek Brzeziński