Mówimy: „Niech to szlag trafi”, tylko trzy razy mocniej i niczym się nie przejmujemy. W Polsce przez lata popularne było niezbyt mądre powiedzonko: „Niech tu walnie wreszcie jakaś bomba i się wszystko skończy, bo dłużej tak żyć nie można” i wszyscy uśmiechali się pod nosem, przyznając skwapliwie rację autorowi.
A już niby niepoważne życzenie komuś śmierci jest na porządku dziennym. Gdy jedna osoba zrobi drugiej jakiś śmieszny kawał, obleje ją wodą, zje jej drugie śniadanie czy kupi w prezencie coś cholernie głupiego, mówienie z uśmiechem: „Zabiję cię!” jest w dobrym tonie. A co by się stało, gdyby te wszystkie życzenia nagle się spełniły? Albo spełniło się choć jedno z nich?
W filmie „Obsesja” Bear, młody pracownik sklepu muzycznego, zakochuje się w koleżance z pracy – Nikki. Znają się jeszcze ze szkoły, więc są sobie bliscy, ale to relacja z cyklu fajne koleżeństwo, nic więcej. Bear pragnie, aby to była wielka miłość, jest jednak tak nieśmiały i wycofany, że nawet dopingowany przez kumpla nie jest w stanie wydusić tych kilku słów, że Nikki mu się podoba i że marzy tylko o niej.
Aż pewnego dnia Nikki informuje go, że chyba zrezygnuje z pracy, bo ma inne plany i ich dzisiejszy wspólny wypad z przyjaciółmi do klubu jest być może ostatni. Ta deklaracja jest iskrą przyspieszającą decyzje Beara.
W poszukiwaniu prezentu dla Nikki trafia do sklepu, w którym zamiast wisiorka kupuje „wierzbową wróżkę” spełniającą jedno życzenie. Niby wie, że to bzdura, ale w nadziei na udany wieczór wypowiada słowa, których potem wielokrotnie żałuje: „Chcę, by Nikki kochała mnie najmocniej na świecie”. I tak się dzieje.
Nikki zakochuje się w nim bez pamięci i obsesyjnie. Film ma wiele mocnych momentów, także takich z pogranicza horroru i komedii. Nic dziwnego, bowiem twórcy, czyli reżyser Curry Barker i grający kumpla Beara Cooper Tomlinson to… internetowi komicy, dla których „Obsesja” jest dopiero drugim wspólnym filmem.
Na szczególną uwagę zasługuje aktorka grająca Nikki, Inde Navarrette, której kreacja – od słodkiej dziewczyny z sąsiedztwa po chore indywiduum – wbija w fotel. Ta rola zostaje w pamięci na długo, a film zasługuje na miano najmocniejszego horroru sezonu. To naprawdę obraz dla ludzi o silnych nerwach. Moja żona oglądała go, zasłaniając przez połowę filmu oczy. Na szczęście komediowe akcenty równoważą mroczne okropieństwa.
Nie ma tu potworów ze skrzydłami, seryjnych morderców, psychopatycznych gwałcicieli, wampirów, zombie czy diabłów z rogami – choć sama obecność diabła nie jest do końca wykluczona. Kto bowiem zrobiłby ludziom taki kawał, by nagle spełnić ich absurdalne życzenia, jeśli nie sam diabeł?
Ocena: Na fali wzrostu