– Panie Krzysztofie, kiedy zadzwonił pan do mnie z propozycją wywiadu do wydawanej w Łodzi „Angory”, przypomniało się mi, że Angora była moją ksywką. Nosiłam ją przez całe bałuckie dzieciństwo, bo wyglądałam jak królik angora – z białym futrem i czerwonymi oczami. Miałam platynowe, niemal białe włosy i bez przerwy męczyło mnie zapalenie spojówek – chociaż nie jestem alergiczką. Podejrzewam, że to reakcja na dymiące wtedy łódzkie fabryczne kominy.
– Rozmawiamy zatem z Angorą dla tygodnika „Angora”. A czym zajmuje się pani dziś na co dzień? Pytam, ponieważ wyczytałem, że niedawno ukończyła pani kurs glazurnictwa.
– A dlaczego by nie? Fantastyczne jest uczyć się czegoś nowego. Po kilku latach doszłam do wprawy w pieczeniu chleba, ale piekarni nie założę. Nowe umiejętności wykorzystuję w domu, dla przyjaciół. Sąsiadowi położyłam podłogę w nowym domu. Konkurencji prawdziwym rzemieślnikom nie zrobię. Ukończyłam niedawno kurs akupunktury ucha. Znacznie prostsze od prawdziwej akupunktury całego ciała, nie zaszkodzi, najwyżej nie pomoże. Uważam, że człowiek powinien pracować też fizycznie, nie tylko głową. Ora et labora – polecane zakonnikom przez Świętego Benedykta, patrona Europy módl się i pracuj. Pisanie jest moją „modlitwą”, praca fizyczna – jej przeciwwagą, żeby zachować równowagę ducha i ciała. Dostaję dreszczy, gdy widzę kogoś, kto naprawdę dobrze wykonuje swój fach. W liceach i podstawówkach powinny być zajęcia praktyczne, żebyśmy umieli naprawić rurę, zbić deskę czy położyć kafelki – te drobne rzeczy, które robimy w domach – i nie byli wobec nich bezradni. Można nie rozumieć komputerów, ale wypada znać się na praktycznej codzienności. Bycie intelektualistą zawieszonym w próżni przypomina mózg zamknięty w formalinie. Trzeba mieć kontakt z realem i nie bać się uczyć nowych umiejętności.
.
Subskrybuj