R E K L A M A
R E K L A M A

Ból silniejszy niż życie. Rozmowa z MARTĄ FLUDRĄ

Rozmowa z MARTĄ FLUDRĄ – psychoonkologiem w Hospicjum Palium w Poznaniu.

Fot. Flickr

– Kolejny raz odżył w świecie temat eutanazji.

– Bardzo trudny, złożony temat, z którym zderza się nasza cywilizacja. Wielu osobom trudno zrozumieć problem eutanazji. Niektórym z powodu osobistych wartości i przekonań, które wyznają, ale głównie dlatego, że jeśli człowiek nie zmierzy się z taką trudną sytuacją, nie jest w stanie do końca dostrzec, jak wielkiego bólu fizycznego, psychicznego, egzystencjalnego można doświadczać.

– Stać nas na otwartą, rzeczową, bardzo merytoryczną debatę o eutanazji?

– Nie unikniemy rozmów o niej. Temat ten przewija się w debacie publicznej, niekiedy bywa uśpiony, a z większą siłą odżywa właśnie przy okazji takich zdarzeń jak ostatnio w Hiszpanii. W Polsce, przynajmniej deklaratywnie, większość społeczeństwa stanowią osoby wierzące, dlatego dyskusja o eutanazji może być szczególnie trudna. Po dwudziestu latach pracy w hospicjum i kontaktach z osobami mocno cierpiącymi fizycznie i psychicznie, potrafię sobie wyobrazić, że można doświadczać wielowymiarowego cierpienia. Dla niektórych ucieczka w śmierć wydaje się jedynym możliwym rozwiązaniem, które przyniesie wymierną i trwałą ulgę.

– W krajach, gdzie eutanazja nie jest zabroniona, wbrew pozorom nie tak łatwo można się jej poddać.

– Muszą być wyczerpane możliwości pomocy medycznej i zachowane wieloetapowe procedury, poprzedzone szczegółowymi badaniami lekarskimi, konsultacjami psychiatrycznymi, psychologicznymi.

25-letnia Hiszpanka Noelia Castillo Ramos poddała się eutanazji po wielomiesięcznej batalii sądowej. „Chcę po prostu odejść spokojnie i przestać cierpieć” – tłumaczyła swoją decyzję. Zdziwiło panią, że w ostatnich chwilach życia chciała być tylko z lekarzem?

– Nie wiem, co nią ostatecznie kierowało, ale z mojego doświadczenia pracy w hospicjum wynika, że odchodzący pacjenci wybierają różne formy pożegnania. Są osoby bardzo jasno deklarujące, że śmierć to jeden z największych ich lęków. Boją się, nie chcą w ostatnich chwilach życia być bez bliskich, choć przecież śmierć zawsze jest doświadczeniem samotnym. Nawet jeśli ktoś trzyma za rękę, to nie może przecież do końca podzielić tego doświadczenia. Spotkałam jednak wcale niemałe grono osób, które – może to zabrzmieć abstrakcyjnie w kontekście umierania – moment odejścia wybierają czasem z premedytacją. Kwadrans czy pół godziny, kiedy nie ma nikogo z rodziny, czasami można mieć wręcz wrażenie, że to osobisty wybór, bo łatwiej im odchodzić samemu.

– Może chcą zaoszczędzić smutnego doświadczenia osobom najbliższym?

– Jednoznacznie trudno odpowiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Niektórzy pacjenci w przedłużonej agonii ewidentnie czekają na coś albo na kogoś. Znam sytuację, kiedy do umierającego przyleciał wreszcie z Anglii ukochany wnuk i tej samej nocy po pożegnaniu dziadek odszedł. Pamiętam historię bardzo zżytego, dojrzałego wiekowo małżeństwa. Chorował pan, opiekowała się nim kochająca żona, która złożyła przyrzeczenie, że będzie czuwała przy nim do końca. Jednego dnia wyszła na kilka minut do sklepu, bo mąż zażyczył sobie soku pomarańczowego. Ale właśnie podczas jej chwilowej nieobecności zmarł. Rozpacz żony była ogromna. Według mnie pan właśnie tak wybrał. Bywa, że miłość rodziny jest wielka i być może to też jeden z powodów, dlaczego ciężko chorzy wolą odejść w samotności.

– Jest im wtedy łatwiej?

– Nie są obarczeni bólem rodziny i oczekiwaniami, że jeszcze dadzą radę powalczyć. Bardzo trudno jest określić, co motywuje naszych pacjentów do wyboru momentu przejścia na drugą stronę.

– Ból i cierpienie jest głęboko subiektywnym doświadczeniem. 

– Dlatego nie wszyscy, mimo nawet bardzo wysokiego poziomu empatii, potrafią wniknąć i w pełni zrozumieć sytuację i położenie takiej osoby. Cierpienie jest bardzo często wielowymiarowe. Fizyczne potrafi być trudne do udźwignięcia, ale często pociąga za sobą i cierpienie psychiczne na różnym podłożu. Choćby dlatego, że człowiek doświadcza głębokiej frustracji, rozczarowania, bo ma ograniczone normalne funkcjonowanie. Odbierane jest mu pełnienie iluś tam ról rodzinnych i społecznych. Pojawiają się wręcz metafizyczne pytania – dlaczego cierpienie dotknęło mnie? Jaki jest sens kontynuowania życia w takim stanie? Wielu cierpiących spotyka się często z niezrozumieniem otoczenia. Znam osoby, które borykały się z doskwierającym, intensywnym, przewlekłym bólem o nie do końca określonym pochodzeniu. Wyglądały normalnie, ich ciało nie nosiło żadnych znaków deformacji, amputacji. Często były posądzane, że udają, przesadzają, niesłusznie nazywano je hipochondrykami. Wymiary cierpienia potrafią być trudne, skomplikowane i dlatego nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć u głęboko cierpiącego znaczącej zmiany jego sposobu funkcjonowania.

– Usłyszała kiedyś pani – nie chcę już dalej żyć?

– Zdarzyło się. Bywa, że takie słowa padają najczęściej z ust pacjentów, którzy są w terminalnym stadium choroby nowotworowej. Kluczem zgłębienia, co tak naprawdę kryje się pod tym stwierdzeniem, jest odpowiedź na pytanie – dlaczego ta osoba składa tego typu deklaracje. Czy to tylko kwestia cierpienia fizycznego, czy też dokuczliwych objawów, z którymi obecna opieka medyczna nie potrafi do końca sobie poradzić. Jest wtedy duża szansa, że uda się coś zrobić, by podnieść komfort życia tej osoby, czy w najgorszym wypadku zastosować procedury medyczne, które są w stanie przynieść ulgę – na przykład wprowadzenie pacjenta w stan śpiączki farmakologicznej. Problem może też leżeć zupełnie gdzie indziej; czasami doskwierające cierpienie fizyczne jest jednak do zniesienia, ale występuje głęboko przeżywana samotność, poczucie opuszczenia i odczucie braku sensu dalszego istnienia. Obecność drugiego, życzliwego, otwartego człowieka daje czas i przestrzeń, by wyrzucić z siebie złe emocje.

– Dla niektórych to być może nawet najlepsza terapia.

– Bardzo znaczący powód, by wróciła chęć życia albo przynajmniej, by ustąpiło negatywistyczne, rezygnacyjne myślenie. Dlatego ważne i niezwykle potrzebne jest zmotywowanie członków rodziny czy innych bliskich chorego do bardziej intensywnego włączenia się w opiekę. Zachęcić i przywrócić w nich wiarę i odwagę w to, że można ze szpitala czy hospicjum zabrać chorego jeszcze do domu, bo o tym marzy, bo nie chce odchodzić w szpitalu. By cierpiący mógł wyrzucić myśli: po co żyć, jeśli nie mogę nawet we własnym, domowym łóżku dotrwać do końca.

– Można się odpowiednio przygotować na śmierć?

– Nigdy nie ma dobrego momentu na śmierć. Nasi pacjenci są bardzo zróżnicowani – nie każdy tak samo przechodzi proces przygotowywania się do odejścia. Są głównymi decydentami i ustalają, jak proces odchodzenia będzie wyglądał. Niektórzy bardzo otwarcie z tym się mierzą, otwarcie mówią, że wiedzą, co ich czeka, są pogodzeni, podejmują kroki prawne, notarialne, rozdzielają majątek, z rodziną omawiają wszystkie szczegóły. Ale są też tacy, którzy do momentu śmierci nie potrafią świadomie się z tym skonfrontować.

– Eutanazja jest w Polsce prawnie zabroniona, ale czy to słowo powinno być wymazane z naszych słowników?

– Absolutnie tak nie uważam. Będziemy niejednokrotnie gorąco dyskutować, w którym kierunku powinno się iść. Czy legalizacji, czy wręcz przeciwnie, nieaprobowania tego zjawiska. Postępująca laicyzacja społeczeństw Zachodu będzie miała jednak duży wpływ na to, że nie da się odsunąć dyskusji o eutanazji, podobnie jak unikać rozmów o aborcji. Pamiętajmy, że coraz więcej ludzi ma głęboką potrzebę decydowania do ostatniego momentu o własnym życiu. Jeśli cierpienie, którego doświadczają, jest już ponad ich siły, a medycyna nie jest w stanie realnie im pomóc, to chcą mieć prawo do godnego odejścia na własnych warunkach. Nie unikniemy debaty, eutanazji się nie wyeliminuje. Przecież jeśli zakażemy rozmów na ten temat, zepchniemy to zjawisko na margines. Wtedy być może będzie więcej tak zwanej czarnej strefy, czyli cichych, domowych rozwiązań, a to wcale nie jest dobre. Bezpieczniejsze jest odejście w warunkach kontrolowanych przez specjalistów. 

2026-04-09

Tomasz Zimoch