Alternatywa dla Niemiec odniosła na początku września spektakularne zwycięstwo wyborcze. Tyle że były to wybory regionalne, w Saksonii-Anhalt, dwumilionowym, prowincjonalnym landzie byłej NRD, od lat będącym jednym z bastionów niemieckiej radykalnej prawicy. Sam sukces AfD był tam mniej więcej tak zaskakujący jak zwycięstwo PiS na Podkarpaciu.
Nie znaczy to jednak, że Polska nie ma powodów do niepokoju. W najważniejszych dla nas sprawach program AfD jest wprost sprzeczny z polską racją stanu: partia chce odbudowy gazociągu Nord Stream, zniesienia sankcji na Rosję i powrotu do bliskich stosunków z Moskwą. Do tego dochodzi osobliwy stosunek części jej polityków do historii. Alice Weidel – liderka partii – wschodnie landy RFN nazywała „Niemcami Środkowymi”, sugerując, że gdzieś dalej na wschodzie istnieją jeszcze utracone „Niemcy Wschodnie”. Z kolei Maximilian Krah – lokomotywa AfD w wyborach do Parlamentu Europejskiego – powiedział, że „nigdy nie powie, że każdy, kto nosił mundur SS, był automatycznie przestępcą”. Było to zbyt wiele nawet dla Marine Le Pen, która po tych słowach zerwała współpracę z AfD.
Subskrybuj