Gdybym był Jarosławem Kaczyńskim, próbowałbym zażegnać kryzys w partii, organizując debatę między Przemysławem Czarnkiem a Mateuszem Morawieckim. W blasku fleszy obaj politycy mogliby rozmawiać wyłącznie o różnicach programowych. Bez wycieczek personalnych. Taka rozmowa pozwoliłaby wyborcom zobaczyć, czym naprawdę różnią się obie frakcje PiS – przekonywałem działaczy partii.
– To absolutnie nierealistyczny scenariusz! – słyszałem w odpowiedzi. Po pierwsze, kto poza Republiką miałby to transmitować? Mało kogo interesowałby taki spór. Po drugie, szybko okazałoby się, że różnice programowe są w praktyce minimalne. Już wcześniej widzieliśmy to przy okazji kwoty wolnej od podatku: Morawiecki mówił, że propozycja partii jest bardzo dobra, ale sam podnosił kwotę o kilka tysięcy, by zaznaczyć swoją odrębność.
Taka odpowiedź pokazuje nie tylko to, że w PiS narastał głęboki spór personalny, lecz także to, że partia w praktyce zrezygnowała z próby budowania szerokiego obozu politycznego – używając anglojęzycznej kalki, tzw. big tent party, czyli partii szerokiego namiotu. To idea, zgodnie z którą pod jednym politycznym parasolem mogą się znaleźć bardzo różne środowiska: zarówno Zbigniew Ziobro, jak i Jarosław Gowin, a także inni politycy wierzący w projekt budowy IV RP. Dziś w podobny sposób działa Koalicja Obywatelska, która pozwoliła na mobilizację różnych środowisk w wyborach w 2023 roku. To metoda, która bywa skuteczna w okresach politycznej mobilizacji, ale staje się kłopotliwa wtedy, gdy trzeba jasno odpowiedzieć na pytanie: kto naprawdę wyznacza kierunek partii.
PiS tęskni za sukcesami
Gdy rozmawia się dziś z działaczami PiS, dawna idea budowy Zjednoczonej Prawicy – koalicji wyborczej zdolnej pomieścić różne środowiska prawicowe – jawi się im niemal jak raj utracony. Trzy lata spędzone w opozycji sprawiły, że wielu z nich nie pamięta już napięć, jakie wywoływały kolejne nieudane próby reformy wymiaru sprawiedliwości czy wprowadzenie „piątki dla zwierząt”. W pamięci pozostała przede wszystkim władza, a wraz z nią rządowe stanowiska i polityczne synekury.
– Apeluję do koleżanek i kolegów, żebyśmy uważali na język i za bardzo się teraz nie poobrażali. Ostatnio padło wiele niepotrzebnych i raniących słów. A co jeśli za kilka miesięcy będziemy musieli usiąść i stworzyć wspólną listę wyborczą? – słyszę od posłanki PiS, która pozostała w partii.
Faktycznie, ostatni tydzień obfitował w bezpardonowe ataki, które działacze przypuszczali na siebie nawzajem. Niektóre przybrały formy dotąd niespotykane w ramach jednej formacji politycznej. Głośno było o sporze między Marcinem Horałą a Kacprem Płażyńskim. Ten pierwszy zarzucił drugiemu, że sprzeciwiał się kandydaturze Karola Nawrockiego na prezydenta. W odpowiedzi Płażyński wysłał mu pismo przedsądowe, domagając się przeprosin i wpłaty 50 tys. zł na fundację swojej żony. Pikanterii dodaje fakt, że obaj politycy pochodzą z Trójmiasta i w normalnych warunkach walczyliby o miejsca w ramach jednej listy wyborczej. „Horała. Nie pierwszy raz. Rynsztok” – skwitował, używając dość osobliwej składni, kibicujący Płażyńskiemu europoseł Patryk Jaki.
Niedługo później Mariusz Chłopik, bliski współpracownik Morawieckiego, kazał na platformie X „stulić pysk” Dariuszowi Mateckiemu, a Ryszard Terlecki przekonywał adwersarzy, że „chcą wykazać się gorliwością i prą do rozłamu. Muszę ich zmartwić: prezes czasem lubi słuchać lizusów, ale ich nie szanuje”. Czytając to wszystko, trudno nie odnieść wrażenia, że politykom PiS zaszkodziły nie tylko emocje, ale też stały dostęp do internetu.
W świetle tych wypowiedzi naprawdę trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym za kilka miesięcy obie zwaśnione strony spotykają się ponownie, by ustalić wspólną listę wyborczą w ramach reaktywacji Zjednoczonej Prawicy. Ani konflikt ze środowiskiem Jarosława Gowina, ani spór ze Zbigniewem Ziobrą nigdy nie zaszły tak daleko.
Piotr Müller, bliski współpracownik Morawieckiego, przekonuje tymczasem, że obecny spór nie wziął się znikąd. W jego ocenie to ludzie związani ze środowiskiem Ziobry mieli wprowadzić do PiS styl politycznej walki, który dziś wraca ze zdwojoną siłą. Z tej perspektywy partia przechodzi proces „sowpolizacji” – stopniowego przesuwania się w stronę twardszego, bardziej konfrontacyjnego modelu polityki, kojarzonego z Solidarną Polską.
Z tą oceną nie zgadza się Agnieszka Wojciechowska van Heukelom. Posłankę zapytaliśmy, czy jej dawne doświadczenia z budową struktur partii Polska Jest Najważniejsza sprawiają, że dziś tak twardo stoi przy Jarosławie Kaczyńskim i zwalcza rozłamowców. – Zdecydowanie. Niedawno spotkałam w Sejmie Joannę Kluzik-Rostkowską i poprosiłam, żeby przekazała Mateuszowi Morawieckiemu, jak się kończą tego typu pomysły – odpowiada. – Jeden z naszych senatorów użył takiego porównania, które dobrze podsumowuje tę sytuację: to tak, jakby mąż zaczął za pieniądze żony wić sobie gniazdko na boku i poinformował ją, że musi to zaakceptować – słyszymy.
Co teraz?
Nasi rozmówcy, którzy pozostali w PiS, podkreślają, że Morawiecki czekał na taki obrót spraw i chciał zostać wyrzucony z partii, bo potrzebuje „mitu ofiary”, który ułatwi mu przekonywanie wyborców. Dodają, że były premier to egocentryk, który przecenia swoje możliwości koalicyjne.
– Zdolność koalicyjna Morawieckiego jest mierna. Nie zbuduje ani porozumienia z Konfederacją, ani z PSL. Wyborcy tych partii go nie trawią. Gdyby było inaczej, byłby naszym kandydatem na premiera – słyszymy. Ta wypowiedź potwierdza przy okazji, że kurs na Czarnka ma zbudować podglebie pod przyszłą koalicję ze środowiskiem Mentzena i Bosaka.
Z kolei ludzie Morawieckiego zaprzeczają, jakoby ich celem było kiedykolwiek budowanie nowej partii politycznej. Z naszych informacji wynika jednak, że poza piknikiem zaplanowanym na 31 lipca działacze od pewnego czasu pracowali nad jeszcze jednym wydarzeniem, które ma się odbyć jesienią w dużej zadaszonej hali. To tam Morawiecki ma ogłosić powstanie nowego ugrupowania i – przynajmniej na razie – samodzielny start w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Kto się znajdzie na listach przyszłego ugrupowania? Poza posłami rozłamowcami pewnej odpowiedzi dostarcza lista panelistów zaproszonych na lipcowy event Morawieckiego. Wśród nich znaleźli się wyrzucona z Razem posłanka Paulina Matysiak, lewicowy publicysta Marcin Giełzak oraz ekonomista Jan Zygmuntowski.
Wygląda więc na to, że ruch Morawieckiego będzie eklektyczny, a wspólnym mianownikiem dla jego członków ma być niechęć wobec liberalizmu i Donalda Tuska. Podział na Polskę solidarną i Polskę liberalną działał u Kaczyńskiego jak marzenie i skutecznie przekonywał wyborców, ale to było kilka lat temu. W międzyczasie wojny kulturowe eksplodowały na całym świecie, a do władzy doszła nowa populistyczna i alternatywna prawica. Czy w świecie, w którym tożsamość stała się najważniejszym pojęciem, będzie miejsce dla w gruncie rzeczy tradycyjnej partii Morawieckiego? Śmiem wątpić, ale może i tym razem były premier mnie zaskoczy.