R E K L A M A
R E K L A M A

FAJBUSIEWICZ: Tajemnicze zniknięcie matki z dzieckiem

Niedawno obchodzono Międzynarodowy Dzień Pamięci Osób Zaginionych. Z tej okazji Radio TOK FM zaprosiło mnie do audycji poświęconej temu tematowi. Od 1986 r. w „997”, a później w „Angorze”, regularnie przedstawiam sprawy osób, które zniknęły bez śladu. W latach 90. uruchomiłem też w TVP 2 program „Dajcie znak życia” – dziś znany jako „Ktokolwiek widział... Ktokolwiek wie?”.

Rysopis Teresy: 167 cm wzrostu, krępa budowa, jasna cera, długie jasnoblond włosy, zielone oczy. W dniu zaginięcia miała na sobie zieloną bluzkę, białe dżinsy i sportowe buty.

Przez te wszystkie lata widziałem, jak trudne i niejednoznaczne potrafią być zaginięcia: część z nich to ucieczki, część to porwania, a część – choć w statystykach figurują inaczej – to najprawdopodobniej zbrodnie bez odnalezionych ciał.

Przytaczałem wiele niewyjaśnionych zniknięć dzieci. Najstarsza sprawa, którą prezentowałem w telewizji, sięgała 1975 r. – w Poznaniu zaginęła 9-letnia Beata Radke. W 1985 r. w biały dzień zniknęła 5-letnia Anna Sapiela, bawiąc się przed domem. W 1987 r. w Boguszycach-Gorcach przepadła 3-letnia Monika Jurczyk. Głośna była też sprawa 11-letniej Ani Janowskiej z Łodzi, którą rodzice wysłali do pobliskiej apteki po lek. W 1995 r. w Pile zaginęła Daria Młynarczyk, uczennica podstawówki, która pojechała autobusem kupić podręcznik.

Przez blisko 40 lat mojej pracy przedstawiłem około 500 takich spraw. Co roku zgłaszano kilkanaście tysięcy zaginięć – na szczęście tylko kilka procent pozostawało w rejestrach. Wśród nich były ucieczki, osoby unikające alimentów, sprawcy przestępstw, ludzie zadłużeni – jak rodzina Bogdańskich z okolic Łodzi. Dominowali mężczyźni w wieku 30 – 50 lat. Najtrudniejsze były zaginięcia o podłożu kryminalnym: w statystykach osoby te figurowały jako zaginieni, choć najpewniej były ofiarami zbrodni, których ciał nigdy nie odnaleziono.

Dla mnie najbardziej bolesna pozostawała sprawa Barbary Chrzczonowicz-Szymańskiej – mojej dziewczyny z czasów studenckich, później znanej dziennikarki telewizyjnej. Zniknęła z mieszkania w Łodzi w grudniu 1986 r., rzekomo wyjeżdżając do koleżanki do Warszawy. Do dziś nie odnaleziono Baśki – ani żywej, ani martwej. Wspominałem jej historię w kilku stacjach telewizyjnych i oczywiście w „Angorze”.

Od paru lat pomieszkuję w okolicach Szczecinka, a tu, jak można przeczytać w internecie: „dla miejscowej policji jedną z najbardziej zagadkowych i poruszających historii zaginięć w regionie jest zniknięcie 24 lata temu 21-latki z trzytygodniowym dzieckiem – Teresy Maciejewskiej i Patrycji Piechowskiej”. Nie pamiętano już, dlaczego mieszkająca wcześniej w Kielcach Teresa znalazła się na początku wieku w maleńkim Gałowie koło Szczecinka, oddalonym od jej domu prawie o 500 km. Być może powodem był Mieczysław – mężczyzna z tej wsi, drobny złodziejaszek znany miejscowej policji.

Teresa Maciejewska urodziła się w 1980 r. w Kielcach. Ukończyła szkołę podstawową, a po przyjeździe na Pomorze zamieszkała z Mieczysławem. Z tego związku miała trzyletniego syna i utrzymywała się z zasiłku z opieki społecznej. Rok przed zaginięciem związała się z kolejnym partnerem – Sławomirem, również o nieciekawym życiorysie. W kwietniu 2002 r. urodziła z tego związku córkę, Patrycję, ale nadal mieszkała w domu poprzedniego partnera.

10 maja 2002 r. w Komendzie Powiatowej Policji w Szczecinku pojawił się Sławomir i zgłosił zaginięcie jej oraz trzytygodniowej Patrycji. Oświadczył, że ostatni raz widział narzeczoną 6 maja; umówili się wówczas na kolejne spotkanie 8 maja, Teresa jednak się nie pojawiła.

Tego dnia Sławomir pojechał do Gałowa. Poprzedni partner Teresy poinformował go, że matka z córką wyjechały do ojca do Kielc. Informacja była dla Sławomira zaskoczeniem – planowali razem zamieszkać, a Teresa nie wspominała o wyjeździe. Do Kielc nigdy nie dotarła.

Policja ustaliła, że w okresie poprzedzającym zniknięcie w domu Teresy dochodziło do częstych awantur z byłym partnerem. Sławomir był przekonany, że za zniknięciem stoi Mieczysław B. Przeszukanie domu w Gałowie nie wykazało żadnych śladów przestępstwa. Zniknęła tylko odzież Teresy i dziecka.

Mieczysław zeznał, że 7 maja rano Teresa spakowała się i powiedziała, że jedzie do ojca. Twierdził, że wyszła z niemowlęciem na dworzec w Szczecinku i że nie miał z jej zniknięciem nic wspólnego. Policja sprawdziła ten trop – nikt nie widział młodej matki z trzytygodniowym dzieckiem.

Zdaniem policji Teresę i jej dziecko zamordowano, a zwłoki ukryto w bagnach albo w jednym z jezior Pojezierza Drawskiego czy Szczecineckiego. Możliwe, że zbrodnia była efektem kłótni i doszło do niej poza domem.

Kiedy trzy lata po zniknięciu prezentowałem tę sprawę w „997”, policja poszukiwała za drobne przestępstwa pierwszego konkubenta Teresy. Po zatrzymaniu nadal utrzymywał, że nie ma nic wspólnego ze zniknięciem. Nigdy nie postawiono mu zarzutów. Sprawa przez lata figurowała jako zaginięcie – i tak pozostaje do dziś 

2026-09-20

Michał Fajbusiewicz