R E K L A M A
R E K L A M A

Listy do redakcji Angory (26.07.2026)

Listy nadesłane przez czytelników tygodnika Angora. Za wszystkie wiadomości dziękujemy i zachęcamy do dalszego kontaktu.

Fot. Domena publiczna

Jak się „przykrywa” aferę w Szpitalu Południowym 

Szpitale 

Chodzi mi o dwa szpitale. O ten Warszawski Szpital Południowy i o drugi, nie wiem który, do którego nie zawieziono obywatelskiego kandydata na prezydenta na Dolnym Śląsku, kiedy była kampania. Wbrew pozorom oba szpitale, ten warszawski i ten jakiś tam w moim województwie, łączy osoba obecnego (p)rezydenta Nawrockiego. A dlaczego? Bo opozycja robi wiele, aby odwrócić uwagę od afery w Szpitalu Południowym, zamiast grzać nośny temat dotyczący każdego z nas aż do wyborów. Po ujawnieniu informacji, że w tym szpitalu działa salonik dla VIP-ów, zorganizowany przez sowicie opłaconego młodego działacza KO, obóz rządowy wciąż szuka własnej politycznej opowieści zarówno o aferze, jak i o systemie ochrony zdrowia w ogóle. 

Pani Jolanta Sobierańska-Grenda, obecna minister zdrowia, która robiła niedawno dobrą robotę na Pomorzu Zachodnim, najpierw była cicho (była w Szwecji), by potem przed kamerami robić dobrą minę z wdziękiem mało uprzejmej urzędniczki, jakoby zdziwionej, że ktoś chce od niej wyjaśnień i recept na uzdrowienie całej sytuacji w ochronie zdrowia. Wypadła słabo, bo nie jest politykiem na te parszywe czasy, kiedy obóz władzy ma nie jedną, ale już dwie główne opozycje. Ta Kaczyńskiego w parlamencie i druga – budowana przy Batyrze/Nawrockim w Belwederze – z oddelegowanymi pisowcami z Adamem Bielanem na czele. Tylko Nowa Lewica rzuciła coś konkretnego do zrobienia natychmiast, łącznie z rozpirzeniem NFZ-etu i powrotem do Kas Chorych, które się sprawdziły. Opozycja chce, aby temat afer w ochronie zdrowia i niewydolności systemu zepchnąć na drugi plan, bo ma sama dużo za uszami, o czym tylko nieliczni z jej elektoratu wiedzą. Jakoś tak się złożyło, że jak wyszła afera Szpitala Południowego w Warszawie, to R. Bąkiewicz zaistniał w Berlinie, potem wyciągali aferę łowców skór z Łodzi, by dalej rozkręcać narodowy konflikt z Ukrainą. 

Teraz mamy „zamach na Nawrockiego”, który jest niczym innym jak chwytem marketingowym do promocji książki, czyli wywiadu rzeki z (p)rezydentem, w którym bajdurzy, jak chciano go otruć w Ząbkowicach Śląskich. Dowiadujemy się, że stracił na chwilę przytomność w autobusie, bryzgał wymiocinami i generalnie były to sceny niczym z horroru „Egzorcysta”. Według jego interpretacji padł ofiarą własnej szarmanckiej uprzejmości. To może dlatego Kaczyński całuje w rękę tylko posłanki PiS, a nie dociekliwe dziennikarki? A cóż to takiego powiedział w wywiadzie rzece Batyr/ Nawrocki? Serwis wPolityce.pl opublikował fragment: „Od początku kampanii słyszałem od ochrony różne ostrzeżenia, np. że nie powinienem całować kobiet w rękę, że to może być sposób, żeby mnie otruć, że poruszam się po bardzo wąskiej linii ryzyka i że prędzej czy później coś takiego może się wydarzyć. Ale ja i tak to robiłem. Nawet wtedy, w tym deszczu – panie podchodziły, wyciągały ręce, całowałem je w rękę, rozmawiałem z ludźmi”.

I co się stało po publikacji? Prokuratura wszczęła z urzędu postępowanie wyjaśniające. W Belwederze wiedziano, że tak będzie z dwóch powodów. Pierwszy – bo dotyczy prezydenta, więc muszą. Drugi – i tak niczego nie wyjaśnią, bo nie „wyczyszczono” prokuratury ze śpiochów, którzy czekają na zmianę władzy. Obecni w autobusie nie puszczą pary z gęby. Dlaczego? Bo jeśli próbowano go otruć, to mówimy o zamachu. A jak zamach, to prokuratura i służby. Czy jak już doszedł do siebie, to zawieziono go do szpitala i zrobiono badania toksykologiczne? Stawiam, że w szpitalu nie był, bo gdyby był, sprawa zostałaby nagłośniona i miała wpływ na wynik wyborów. O spekulacjach w sieci, co było przyczyną zasłabnięcia, nie napiszę, bo sam na nie zasłużył. Opozycja prezydencka zachowuje się tak, jakby marzyła o chwili wakacji i szuka nowego barszczu Sosnowskiego, aby media miały co robić, zamiast ciągle gadać o tej ochronie zdrowia, z którą nikt nie wie co zrobić – a każdy ma za uszami większe lub mniejsze przewiny (…). 

Na koniec jeszcze jeden cytat o tym, co sądzi o Nawrockim jego guru D. Trump podczas rozmowy z szefem NATO Ruttem. Powiedział: „On zajmował dziesiąte miejsce, poparłem go. Nie lubiłem wcale człowieka, który był prezydentem (może to o Dudzie?). Poparłem go, był wojownikiem, dobrym wojownikiem. Z dziesiątego miejsca wygrał. Mówi się, że to była sensacja w Europie, największa od 50 lat”. Wiemy już, że to bujda, bo dziesiątym nigdy nie był, a Trumpowi wszystko ze wszystkim się pomyliło. No, ale empatycznie trzeba przyznać, że Trump ma teraz większe problemy niż zapamiętywanie, kto był, a kto jest u nas prezydentem i dlaczego. Konstatacja? Nie warto stawiać wszystkich żetonów na sojusz z obecnym lokatorem Białego Domu. A z późniejszym? Zobaczymy. JAN KRÓL

„Niech żyją złodzieje” 

Lis obrońcą Kacprzyka 

W ANGORZE nr 28 Tomasz Lis w felietonie „Niech żyją złodzieje” (…) bierze w obronę 28-letniego byłego już szefa SOR-u Warszawskiego Szpitala Południowego, Dawida Kacprzyka. Lekarz bez stosownych kwalifikacji lekarskich, za to z koneksjami partyjnymi Koalicji Obywatelskiej, tzw. młodzieżowej przybudówki. Biedaczek, pieszczotliwie nazywany przez Lisa „lekarzyną”, przytulił 1,6 miliona polskich złotych w ciągu roku. Nie byłoby w tym nic strasznego, bo są w naszym kraju ludzie, którzy zarabiają więcej, choćby prezesi banków, kopacze futbolówki, sportowcy, którym państwo płaci emerytury za medale olimpijskie, ale nie do przyjęcia, a tym bardziej do zaakceptowania jest sytuacja, że pieniądze w budżetowej służbie zdrowia są marnotrawione i nabijają portfele medyków w sposób nieuczciwy. Bo jeśli lekarz pracuje więcej niż 8 godzin dziennie, to ma świadomość, że praca w takim wymiarze jest nieefektywna i szkodzi zdrowiu, nawet jeśli posiada on zdolności przemieszczania się, żeby być w dwóch lub trzech miejscach jednocześnie. Na edukacji zdrowotnej w szkole uczy się, że doba składa się z trzech filarów funkcjonowania organizmu człowieka: 8 godzin pracy, 8 godzin odpoczynku, 8 godzin snu.

Dawid Kacprzyk na pewno się o tym uczył, ale jako młodzian zapragnął mieć to i owo i tu i tam, i zaczął nie tyle pracować, co wręcz harować. Nie wiadomo gdzie, na prawo i na lewo, i zgarnął to, co społeczeństwu otworzyło szeroko oczy i stało się przyczynkiem wychodzenia na jaw różnych innych łajdactw, bo lekarzy „zarabiających” podobne kwoty w podobny sposób jest w Najjaśniejszej znacznie więcej. Młody „lekarzyna” został frajerem – ubolewa Lis – i do końca życia tego g… z siebie nie zdrapie. W sukurs Kacprzykowi ruszyli wszyscy uśmiechnięci Polacy: Arłukowicz, ten, który nie widzi nic złego w fakcie, że nieboszczykom wykonywano tomografię komputerową, skoro przeprowadzano ją u Tutanchamona czy Ramzesa; Tusk, dla którego zeznania Murańskiego (tego z klatki) są bardziej wiarygodne niż zeznania zwolnionego chirurga – pułkownika Wojska Polskiego. To mówi samo za siebie, jaką mamy klasę polityczną. Wstyd, panowie, to mało powiedziane. Młody lekarz się po prostu ześwinił i samo bicie się w piersi nic nie da, nie pomoże nawet zwrot zarobionych nieuczciwie pieniędzy, bo na jakich zasadach je przyjąć?

Nie pomoże czarodziejska różdżka, choćby była leszczynowa, jeśli będzie zgoda na robienie tego typu bezeceństw. Każda praca musi być godnie wynagradzana, w przeciwnym razie będą się rodzić patologie. Redaktorze Lisie, porównywanie PiS-u do KO, dywagacje kto był i jest większym złodziejem, rodzi, jak się okazuje, kolejne patologie. Jeśli pisowcy kradli, to kaowcy nie powinni, bo z takim hasłem szli po władzę. I co? I g…o! Zero hamulców. A może żadna łajza nie powinna dostać w ręce steru państwa? Brzmią mi w uszach słowa premiera Tuska: „Bo jak się do rządzenia wybiera łajdaków, to ma się później łajdackie rządy”. I w tym się Tusk nie pomylił, a wszedł w to samo bagno (…). GRZEGORZ KONIECZNY, Radzewice

Trzeba integrować systemy informatyczne w służbie zdrowia 

Wykorzystajmy okazję 

Tak się składa, że z powodu trapiących mnie schorzeń muszę (i mogę!) korzystać z pomocy różnych specjalistów. Jest chyba już naszą specyfiką, że ci lekarze, choć wszyscy konsultują mnie i leczą w ramach kontraktów z NFZ, pracują w różnych placówkach. Wiadomo, decydowały specjalności i terminy dostania się na wizytę. Jestem z pracy wszystkich zadowolony. Jest tylko jedna rzecz, która to zadowolenie zmniejsza. I o tym chciałbym dodać dwa słowa. Sektor prywatny realizuje istotną część świadczeń finansowanych publicznie i w wielu obszarach robi to bardzo skutecznie.

W diagnostyce obrazowej, w opiece ambulatoryjnej, w rehabilitacji, w części świadczeń szpitalnych. Pacjent wybiera placówkę, w której będzie, w swoim przekonaniu, lepiej i szybciej obsłużony, a płatnik kieruje tam środki. Cyfryzacja bez wątpienia poprawia funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia, ale jednocześnie bardzo wyraźnie ujawnia problemy, które wcześniej były mniej widoczne. Podmioty lecznicze zasilają systemy informatyczne funkcjonujące w ochronie zdrowia swoimi danymi, ale same z tych danych nie mogą w pełni korzystać. Nie mogą ich używać np. przy ustalaniu poziomu odpłatności za leki dla konkretnego pacjenta, nie mogą w prosty sposób sięgnąć po dokumentację z innej placówki w sytuacji kontynuacji leczenia. Dane płyną w jedną stronę: od świadczeniobiorcy do regulatora. Radzę sobie z tym różnie.

Noszę papierowe wyniki konsultacji i recepty do swojego lekarza pierwszego kontaktu, tam są one skanowane i wprowadzane do systemu tej placówki. Działam też odwrotnie – papierowe wyniki analiz ze swojej przychodni niosę do specjalisty, choć nie zawsze są tam honorowane. Potrzebujemy bezpiecznych, oficjalnych rozwiązań, z których wolno byłoby korzystać zarówno pacjentom, jak i podmiotom leczniczym. Nie ma co wyważać otwartych drzwi, bo mechanizmy ochrony danych wrażliwych od lat funkcjonują (sektor bankowy). Klienci dokonują tam milionów operacji każdego dnia, a jakoś nie słyszymy o wycieku danych. Są firmy, które potrafiły stworzyć systemy na tyle zintegrowane, że nie tylko wiedzą, gdzie w danej chwili jestem, ale potrafią dostarczyć mi usługę, której potrzebuję.

Dlaczego takiego zintegrowanego systemu nie stworzono dotąd w NFZ? Chociażby na bazie portalu pacjenta? Mamy dziś świetną okazję – są różnego rodzaju środki, jak chociażby KPO. Zdaję sobie sprawę, że samo stworzenie czy zakup systemu nie rozwiązują sprawy. Będą potem wieloletnie koszty utrzymania systemów, cyberbezpieczeństwa, licencji, serwisu, audytów; o których też trzeba pamiętać. Jednak to wszystko powinno w rezultacie przynieść poprawę ekonomicznej efektywności leczenia, podnieść komfort pracy lekarzy i pozostałego personelu medycznego, a przede wszystkim służyć zdrowiu pacjentów. NARCYZ WASZKIEWICZ

Aplikacja dla wszystkich Polaków 

Szybko, tanio i demokratycznie 

Zgłosiłem właśnie do mObywatela pomysł stworzenia ogólnokrajowego systemu głosowań, referendów i sondaży. Tego typu rozwiązanie mogłoby uczynić nasze państwo tańszym, a demokrację znacznie szybszą i bardziej bezpośrednią. Jak to miałoby działać?

Aplikacja umożliwiałaby przeprowadzanie referendów i sondaży bez konieczności powoływania komisji wyborczych, drukowania milionów kart i osobistego udawania się do lokali. Początkowo udział byłby całkowicie dobrowolny i ograniczony wyłącznie do sondaży. Dopiero po zdobyciu odpowiednich doświadczeń i zaufania społecznego można byłoby rozważyć szersze oficjalne zastosowanie takiego rozwiązania. Co z bezpieczeństwem i anonimowością? Uczciwość głosowania zapewniałyby nowoczesne metody kryptograficzne. Ci politycy, którzy chętnie inwestują w kryptowaluty, powinni doskonale rozumieć, że zaawansowane szyfrowanie daje nie tylko bezpieczeństwo pieniędzy, ale gwarantuje też pełną anonimowość. System przechowywałby w odrębnej bazie danych zaszyfrowany głos oraz generowany losowo numer głosowania. Każdy obywatel otrzymywałby indywidualne potwierdzenie z tym unikalnym kodem. Pozwoliłoby to w dowolnym momencie po wyborach zweryfikować, czy nasz głos został prawidłowo policzony, jednocześnie w pełni chroniąc prywatność i informację o tym, jak głosowaliśmy. Sprawdzenie wymagałoby od nas jedynie ujawnienia unikalnego numeru, a następnie porównania naszego zaszyfrowanego potwierdzenia z publicznym rejestrem wyników. Na start aplikacja mogłaby służyć do błyskawicznych sondaży. Partia, organizacja społeczna lub prywatna firma mogłyby zlecić płatne badanie opinii. W mObywatelu pojawiałby się komunikat, chętni oddawaliby głos w określonym terminie, a system automatycznie publikowałby wyniki. Dzięki temu moglibyśmy szybko, tanio i na bieżąco oceniać działania prezydenta, rządu czy poszczególnych polityków. 

A co z tradycyjnymi wyborami? Do prowadzenia sondaży ten system jest bez zarzutu. W przypadku oficjalnych wyborów państwowych – z myślą o osobach nieposiadających smartfonów lub chcących oddać głos w tradycyjnej izolacji – zachowalibyśmy nieliczne, stacjonarne lokale wyborcze. Czy taka tania i błyskawiczna e-demokracja ma przyszłość, czy wciąż to zbyt duże ryzyko? RYSZARD PĘK

Krótka pamięć ukraińskich polityków 

Żołnierz by to zrozumiał 

Kiedy po bitwie pod Lenino Stalin, „morderca narodów”, którego bali się wszyscy i który nie liczył się z nikim i z niczym, chciał wyróżnić Polaków Orderem Suworowa, ktoś odważny przypomniał dyktatorowi o rzezi warszawskiej Pragi dokonanej właśnie przez Suworowa podczas insurekcji kościuszkowskiej. Stalin wycofał się z propozycji. Ale ponieważ nas, Polaków, potrzebował, nie omieszkał uhonorować naszych sztandarów na Placu Czerwonym. Od wybuchu wojny w Ukrainie, nie zważając na własne bezpieczeństwo, otworzyliśmy granicę, daliśmy uchodźcom miejsca w szpitalach i naszych domach. Otworzyliśmy dla Ukrainy nasze magazyny, daliśmy naszą broń. Polska, pomimo wielkiej korupcji w Ukrainie, cały czas starała się uzupełniać ich potrzeby. Czym była wdzięczność z ich strony? 

Nasz ból spowodowany ludobójstwem na Wołyniu był i jest cały czas lekceważony. Elity kierownicze Ukrainy i ich historycy znają ideologię UPA, gdzie głównym punktem była eksterminacja obcych z Ukrainy. Przez cztery lata robią nam łaskę z godnym pochówkiem polskich dzieci, kobiet i mężczyzn, pomordowanych przez żołnierzy UPA. Żołnierze wyróżnionej przez Zełenskiego jednostki mają polską broń, być może byli szkoleni w Polsce. Bratali się z naszymi żołnierzami.

Gdyby ktoś im wytłumaczył nasz ból – żołnierz by zrozumiał. Prezydent Nawrocki mógł sprawę „dogadać” z prezydentem Zełenskim. Tylko że prezydent Nawrocki ma prawo nie znać historii. Ale pan Batyr i dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej – tak. A prezydent Zełenski jest mądrym Ukraińcem i ma mądrych (nieskorumpowanych) doradców. I już po czterech latach wiedzą, że Polska im już nic nowego nie da. Nie pamiętają, kto pomógł im ugasić pożary pierwszych miesięcy wojny. Kiedy potrzebują, to, jak w Ameryce, wyrzucani drzwiami wracają z przeprosinami i ukłonami. A na pierwsze słowa naszego prezydenta się obrazili. Od razu – zmiana trasy przelotu do Europy, rzucanie polskimi odznaczeniami. 

Ukraińskie elity uważają, że już tak przestraszyły polityków w Europie, że na hasło „Putin” Europa da im wszystko, a przede wszystkim pieniądze. Nie zapominajmy, że wśród polityków ukraińskich panuje powszechna korupcja – od celników na granicy po samą górę. I mam pytanie: Czy, kiedy już będzie Wolna Ukraina, nie wrócą do ideologii powszechnych czystek etnicznych? I jak to zrobią? Major w st. spoczynku KRZYSZTOF K.

Walczmy z alkoholizmem – przymusowa abstynencja dla emerytów! 

Trzeźwym okiem 

Nie możemy zostać obojętni i musimy zauważać gęstniejące nad naszymi głowami myśli ludzi nami rządzących. Myśli skłębione wokół problemu alkoholizmu w naszym kraju. Tęgie głowy stanowiące zwieńczenie postaci o nienagannych sylwetkach, mocarnych i prężnych intelektualnie korpusach zasiadających w ławach sejmowych i rządowych zdefiniowały problem, który od pokoleń jak gangrena zżera zdrowy organizm naszego społeczeństwa. Gdyby chodziło jedynie o zdefiniowanie, pewnie poradziłby sobie z tym może nawet ktoś mniej światły od przywódców narodu. Nasze elity, jak na elity przystało, poszły dalej. Znalazły sprawcę upodlającego naród nałogu, wskazały go palcem sprawiedliwości i – wypowiadając mu wojnę – skazały go na wstyd i życie w bezlitosnej i strasznej abstynencji w sanatoryjnej rzeczywistości. 

Tak właśnie – Drodzy Państwo – dzięki najmędrszym z mądrych została rozwiązana największa (wręcz dziejowa) zagadka narodu zamieszkującego obszar w dorzeczach Odry, Wisły i Bugu. Teraz już wiemy, że za panoszący się w naszym kraju alkoholizm odpowiedzialni są… emeryci, którzy w obiektach sanatoryjnych dają upust swoim deprawacjom. Wyrazy najwyższego szacunku dla głów rodzących myśl tak przenikliwą, prowadzącą do takich odkryć. W tym miejscu uwypukla się różnica między mną (zwykłym śmiertelnikiem) a tymi, którzy stanowią prawo. No bo taki szary, zwykły obywatel – który nie potrafi patrzeć przenikliwie i wyciągać wniosków z obserwacji otaczającej rzeczywistości – mógłby pomyśleć, że alkoholizm w naszym kraju ma się dobrze, a może nawet coraz lepiej z innych powodów. 

Może należałoby zwrócić uwagę na powszechną dostępność wysokoprocentowego alkoholu w „naczynkach” (buteleczki 50 – 70 ml) umożliwiających łatwą, szybką i nierzucającą się w oczy konsumpcję w miejscach publicznych. Takie bary „szybkiej” obsługi istnieją praktycznie we wszystkich spożywczych sieciówkach. A szczególne miejsce zajmują w przybytkach z zielonym, bezogonowym płazem stanowiącym ich logo. W trakcie pisania tych słów nawiedziła mnie pewna odkrywcza myśl, nakłaniająca do stwierdzenia, że to, o czym mówiłem akapit wyżej, jest bez sensu.

Teraz dopiero zrozumiałem, czym kierują się rządzący naszym krajem. Skoro bowiem społeczeństwo się starzeje i jest coraz więcej emerytów, wszystkie działania prewencyjne należy skierować w ich stronę. I właśnie przez wprowadzenie zakazu alkoholu w sanatoriach radykalnie spadnie jego sprzedaż i spożycie. Idąc dalej tym tropem – ludzi młodych czy wręcz dzieci jest coraz mniej, więc niech piją „na zdrowie”. Żeby to ułatwić, można wprowadzić sprzedaż „na kieliszki” w takich miejscach jak piekarnie czy apteki. Oczywiście z zastrzeżeniem, że nie będą obsługiwani emeryci (ze względu na dominację w społeczeństwie) płci – rzecz jasna – obojga. Przekonany o trafności swojego rozumowania – uważam, że należy iść za ciosem i jeszcze bardziej ułatwić (nie wiem tylko jak) dostęp do alkoholu niektórym, mniej licznym, ale bardzo wartościowym grupom społeczeństwa.

Mam tu na myśli zwłaszcza przezacnych parlamentarzystów i ministrów. Niech sejmowe toasty wznoszone przez nich bądź co bądź w miejscu pracy, utwierdzają ich w poczuciu pracy dla kraju i pozwalają na trzeźwe spojrzenie na naszą rzeczywistość. Na zdrowie! STAŁ(R)Y CZYTELNIK 

2026-07-25

Angora