Osiągi, osiągi, osiągi… W pogoni za biciem kolejnych rekordów i przekraczaniem kolejnych, jeszcze niedawno nieprzekraczalnych dla cywilnych pojazdów granic, producenci elektrycznych samochodów zabrnęli w ślepy zaułek. Liczby, jakimi szczycą się w materiałach reklamowych, przestały robić tak spektakularne wrażenie jak jeszcze kilka lat temu, gdy poznawaliśmy potencjał sportowych aut na prąd. Cztery sekundy do setki, trzy, poniżej trzech… Na papierze stało się to wyłącznie nudną statystyką. Każdy, kto doświadczył sprintu za kierownicą elektryka, może wyobrazić sobie, że coraz więcej koni mechanicznych zapewni coraz mocniejsze wgniatanie w fotel przy starcie i liniowe nabieranie prędkości w błyskawiczny, lecz nie do końca ekscytujący – przynajmniej dla konserwatywnych fanów motoryzacji – sposób. Ponadto trudno, a wręcz idiotycznie byłoby weryfikować pełnię możliwości tego typu pojazdów w normalnym ruchu ulicznym.
Kapitalny symulant
Sprawy całkiem zmieniają się w kontrolowanych warunkach, czyli na zamkniętym torze szkoleniowym. Zwłaszcza zza steru niezwykłego, bo bardzo „nieelektrycznego elektryka”. Tor Jastrząb i Hyundai IONIQ 6 N stworzyły emocjonujący duet, stawiając czoła narzekaniom ze wstępu. Położony pod Radomiem obiekt nie należy do największych, ale organizatorom udało się wytyczyć urozmaiconą nitkę, żeby zapewnić zaproszonym dziennikarzom kawał frajdy. Choć za nią w głównej mierze odpowiadał samochód robiący piorunujące wrażenie. Nie tylko tym, że po aktywowaniu specjalnego trybu legitymował się przez kilka sekund mocą 650 KM i potrafił wystrzelić przed siebie niczym rakieta (3,2 sekundy do setki), ale sposobem, w jaki tego dokonywał. Symulował, a więc udawał! Nie tylko dźwięk tradycyjnego silnika, wydobywający się z głośników, naśladujący rasową rajdówkę, ale też pracę automatycznej skrzyni biegów. W elektrykach przecież nieistniejącej. Tymczasem Koreańczycy w magiczny sposób odwzorowali specyficzne szarpnięcia przy zmianie przełożeń, gdy wóz „na niby” wkręcał się na wysokie obroty. Nie mogę się nadziwić, że koreańskie oszustwo aż tak mi się spodobało. Żeby zrozumieć fascynację patentem Hyundaia, trzeba na własnej skórze przekonać się, do jak ciekawego efektu doprowadziła motoryzację koreańska fantazja. Bez tego nie sposób uwierzyć, że dziwacznie brzmiące zabiegi mogą cieszyć. A jednak… I to jeszcze jak!

Subskrybuj