Oznaczenie JCW w MINI z automatu przynosi na myśl głośny, rasowy warkot silnika… To jednak przeszłość i nieobowiązująca już reguła, bowiem trzy, jakże ważne litery dla fanów brytyjskiej marki, noszą również ciche, elektryczne odmiany. Tak dzieje się w przypadku Acemana, nieoczywistego i trudnego do zaszufladkowania modelu. Pierwsze wrażenie? Sprzeczność goni sprzeczność. Niby to miejski crossover, lecz raptem 14-centymetrowy prześwit nadwozia oraz napęd wyłącznie na przednią oś kłócą się z hasłami o jakkolwiek uterenowionym charakterze. Cóż, moda na crossovery nie słabnie i wypada się pod nią podczepić, nawet nie mając ku temu sensownych powodów…
Rzecz gustu
– Miejski crossover nigdy nie wyglądał lepiej! – czytam ze zdumieniem w materiałach reklamowych. Pal sześć przepychanki, czy to w ogóle ten segment aut, ale chwalenie się akurat wyglądem Acemana, gdy w gamie ma się cudownego, krótkiego Coopera, dziwi. Zaznaczę, że piszę to jako zagorzały fan tradycyjnej, trzydrzwiowej wersji, do której mam słabość. Z pozycji „fanatyka” klasycznego Coopera, spoglądam na wszystkie inne MINI nie tyle z dystansem, co wręcz z lekką pogardą. Twardo trzymając się swoich przekonań, Aceman nie mógł zatem trafić w mój gust. Wrażenia wiele nie poprawił nawet kapitalny zielony kolor lakieru prasowego egzemplarza – British Racing Green – czy efektowne, 19-calowe felgi. Nie moja bajka, za duże to MINI!
Subskrybuj